Myśleliście, że kolejne podsumowanie znowu dodam pod koniec kolejnego miesiąca? A to niespodzianka! Mamy 2 stycznia, a ja już przygotowałam podsumowanie grudnia 😛
Grudzień obfitował w wiele wydarzeń i był do tej pory najbardziej intensywnym miesiącem. Już rozpoczął się ciekawie, bo od biegu na 10km w Shellharbour Run, o którym dowiedziałam się wcześniej na jednym ze spotkań parkrun. Po prostu po przebiegnięciu 5km rozmawiałam z jedną z uczestniczek parkrun, która wspomniała o tym biegu i stwierdziła, że jeśli byłabym zainteresowana, to mogę się z nią zabrać autem (to w końcu 100km na południe od Sydney). Carol zapisała się na półmaraton (a dodam, że jest po 70tce!), a ja zachowawczo na 10km. Przez chwilę zastanawiałam się nad dłuższym dystansem, ale ostatecznie rozsądek wziął górę – nie byłabym w stanie w tym momencie przebiec 21km. A poza tym chodziło tylko i wyłącznie o zabawę i napawanie się podczas biegu pięknymi widokami – trasa bowiem cały czas prowadziła wzdłuż wybrzeża. Co prawda musiałam wstać bardzo wcześnie (o 4:30), ale nie żałuję! Widoki były przepiękne, mimo lekkiego zachmurzenia, a nowa życiówka (jak ja to zrobiłam, nie biegając regularnie, to nadal nie wiem) tylko spotęgowała moje zadowolenie. Po biegu usiadłam na plaży, patrzyłam na fale i cieszyłam się z mojego pierwszego australijskiego medalu 😀
Jako że byłam już oddalona o 100km od Sydney, to stwierdziłam, że wypadałoby coś zobaczyć w okolicy. Dlatego podziękowałam Carol za propozycję transportu i pojechałam do leżącego nieopodal Wollongong. Tego dnia doceniłam jednak fakt posiadania auta. Żeby dostać się do miasta, najpierw musiałam przejść 2,5km (a dodam, że przez połowę drogi nie było nawet chodnika), a potem poczekać na autobus, który po godzinie jazdy dowiózł mnie do centrum Wollongong. Miasteczko nie jest zbyt duże i w sumie jedyne co ma do zaoferowania (oprócz centrum handlowego i wielu restauracji) to przepiękna plaża oraz latarnia morska. Przeszłam się wzdłuż plaży, chociaż strasznie wiało, po czym chciałam ruszyć w dwa kolejne punkty, które sobie zaplanowałam (SeaCliff Bridge i Stanwell Park). Niestety okazało się, że pociąg, którym mogłabym w te miejsca dojechać, jeździ co dwie godziny, a robiło się już późno, więc ostatecznie zrezygnowałam. Może jeszcze kiedyś uda mi się w te miejsca przyjechać samochodem.
Grudzień to niestety ciężki czas dla kogoś, kto mieszka jakieś 16 tys. km od domu. W końcu wszyscy przygotowują się do świąt, pieką pierniczki, stroją choinki, kupują prezenty, a ty tylko siedzisz i wszystko obserwujesz z daleka. Nie ukrywam, były gorsze i lepsze dni. Początkowo chciałam nawet udawać, że w ogóle nie ma świąt, ale moje obowiązki w pracy skutecznie wybiły mi ten pomysł z głowy. No bo jak zapomnieć o świętach, jeśli musisz zapakować 125 torebek jako świąteczny prezent dla wszystkich pracowników? 😛 A do tego pomagasz w zapakowaniu i ozdobieniu torebek dla każdego ucznia (a dodam, że jest ich prawie 1000)? W grudniu zdecydowanie moje obowiązki odpowiadały stanowisku Pakowacz, ewentualnie Świąteczny Elf.
6 grudnia mieliśmy w pracy Christmas Party, o którym już trochę pisałam TUTAJ. Wszyscy pojechaliśmy do Bowling Club, gdzie graliśmy w Lawn Ball, czyli w bule na trawie. Co zapamiętam z tej imprezy, to na pewno pizzę z nutellą, której zostałam wielką fanką, oraz podśmiewanie się z Jerry’ego, Argentyńczyka, który przyjechał do Australii na tej samej wizie, co ja, ale właśnie kończył się okres ważności jego wizy, więc przed świętami wracał do domu. Czy ktoś może mi wytłumaczyć, jak to jest możliwe, że ktoś mieszkał w Sydney 4 miesiące i nie widział Opery?! Tak, to właśnie Jerry. Śmialiśmy się, że zorganizujemy spotkanie, żeby pokazać mu Operę z bliska i wszystkie najważniejsze atrakcje Sydney przed jego wylotem.
Grudzień to też miesiąc szalejących pożarów buszu. Czytałam artykuły, że tak ma wyglądać całe lato i w sumie bym się nie zdziwiła. Kiedy patrzę na mapę pożarów, jestem przerażona, jaki ogromny teren obejmują. Pali się busz w Górach Błękitnych, jednej z największych atrakcji turystycznych wokół Sydney, palą się parki narodowe. Najbardziej przerażający jednak był dzień, w którym popiół fruwał w powietrzu, a pod drzwiami mieszkania znalazłam zwęglone liście, które prawdopodobnie wiatr przywiał z terenów objętych pożarami. Codzienne sprawdzanie poziomu zanieczyszczenia powietrza oraz pytania w pracy „naprawdę chcesz jechać rowerem w taką pogodę?” stały się odtąd normą.
Ale żeby nie było tak pesymistycznie – w końcu Sydney to miasto pięknych widoków i wspaniałych plaż. Na jedną z nich – Narrabeen Beach – wybrałam się z Anetą, Polką, która – podobnie jak ja – mieszka w Sydney od kilku miesięcy. I chociaż niebo tego dnia było mocno zachmurzone, to cieszyłam się, że wreszcie mogę trochę odetchnąć świeżym powietrzem. Dodatkowo przeszłyśmy się krótką trasą po klifach, a na koniec ubrane w pianki wskoczyłyśmy do oceanu i skakałyśmy przez fale. Dlaczego pianki, zapytacie? Bo bez nich nie było opcji, żebyśmy zanurzyły choć stopę w tej zimnej wodzie 😛
Tuż przed świętami wykorzystałam w końcu swój urodzinowy voucher i wjechałam na Sydney Tower Eye, czyli najwyższy budynek w całym Sydney. Rozpościera się z niego wspaniała panorama miasta, którą można podziwiać, stojąc na platformie widokowej 250m nad ziemią. Postanowiłam zostać do zachodu słońca, dzięki czemu mogłam zobaczyć miasto z góry zarówno za dnia, jak i wieczorem. Patrząc z góry na Sydney, uświadomiłam sobie, że właśnie mija trzeci miesiąc od wylotu z Polski – jakby nie patrzeć, dość znaczna część mojego planowanego pobytu w Australii. Wspominałam ostatnie spotkania z rodziną i znajomymi we wrześniu, dzień pożegnania na dworcu oraz piątek 13-tego, czyli dzień wylotu. Muszę przyznać, że dużo się od tamtej pory wydarzyło i wiele rzeczy musiałam się nauczyć, ale ostatecznie cieszę się, że mam przed sobą jeszcze kilka miesięcy pobytu na australijskiej ziemi.
W grudniu zaliczyłam jeszcze jedną plażę, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, a okazało się, że jest bardzo blisko Pananii (bardzo blisko = 45 min komunikacją miejską). Mowa o Brighton Le Sands, która mieści się tuż przy lotnisku, dzięki czemu od razu zaskarbiła sobie moją sympatię. Sama plaża nie jest zbyt zachwycająca (porównując ją z innymi plażami w Sydney typu Bondi czy Manly), jednak znajomy Australijczyk powiedział, że ta plaża jest najlepsza do uprawiania sportów wodnych. Naszą grupą złożoną z Australijczyków, Polaków i Polaków urodzonych w Australii cały dzień szaleliśmy na jet ski. I choć nie przepadam za całodniowym siedzeniem na plaży, to ten dzień strasznie szybko mi zleciał, a oglądanie lądujących i startujących samolotów oraz panoramy miasta na horyzoncie wprawiło mnie w wyśmienity nastrój. Do tego miałam świadomość, że następnego dnia lecę do Nowej Zelandii. Czy dzień mógłby być piękniejszy?
O pobycie w Nowej Zelandii dodam osobne posty, bo jest co opowiadać 🙂 Już się nie mogę doczekać aż to wszystko spiszę!
Po powrocie z Nowej Zelandii czułam się trochę nieswojo, bo od tamtej pory mam całe mieszkanie tylko dla siebie. Współlokatorzy po 1,5 roku pobytu w Australii polecieli do Polski na święta, a ja odtąd muszę przyzwyczaić się do ciszy, spokoju i możliwości trzaskania bez skrępowania talerzami o 7 rano w weekend 😀
Pod koniec grudnia szukałam różnych ciekawych wydarzeń w Sydney, żeby jakoś zagospodarować sobie czas zanim wrócę do pracy na początku stycznia. I tym sposobem natknęłam się na Badu Gili, czyli projekcję wyświetlaną na tle budynku Opery, której towarzyszy aborygeńska muzyka w nowoczesnym wydaniu. Całość trwała zaledwie 7 minut, ale robiła spore wrażenie. Poza tym dawno już nie widziałam Opery po zmroku 🙂
Drugą z takich atrakcji była wyprawa do parku Featherdale, w którym znajdują się wszystkie najważniejsze australijskie zwierzęta. Były kangury, koale, psy dingo, wombaty, diabły tasmańskie, emu i kazuary. Za dodatkową opłatą można było zrobić sobie zdjęcie z koalą, z czego oczywiście skorzystałam 😛 Wspominałam sobie wtedy mój pierwszy pobyt w tym parku w 2015 roku, kiedy nie docierało do mnie, że oto przede mną siedzi koala, który wcina spokojnie liście eukaliptusa, nie zdając sobie sprawy, że właśnie przyczynia się do spełnienia mojego marzenia. Nie pamiętam za wiele z tego pierwszego spotkania z koalą, bo było to niezłe przeżycie, ale tym razem skupiłam się i stwierdziłam, że koala wcale nie ma takiego miłego w dotyku futerka. W sumie jest dość szorstkie i nieprzyjemne!
Kolejne dni minęły mi na przystosowywaniu się do australijskiej pogody. Nie wiem, czy to kwestia tego, że odzwyczaiłam się od upałów, będąc w Nowej Zelandii, czy trafiłam akurat na apogeum australijskiego lata, ale po prostu nie potrafiłam normalnie funkcjonować. 5 minut po wyjściu z mieszkania marzyłam o klimatyzacji, piłam ogromne ilości wody i jak tylko mogłam ograniczałam ekspozycję na słońce.
Jak to mówią – last but not least. Koniec grudnia oznacza tylko jedno: Sylwestra! Ogólnie nie przywiązuję do niego szczególnej wagi, bo uważam, że jest z nim związana zbyt duża presja społeczeństwa, że MUSISZ się dobrze bawić, inaczej cały kolejny rok będzie stracony. Jednak od kilku lat moją tradycją było, że tuż przed godz. 14 zasiadałam przed komputerem (niezależnie czy byłam w pracy, czy w domu) i oglądałam transmisję live z pokazu fajerwerków w Sydney. Marzyłam sobie, że kiedyś może uda mi się zobaczyć je na własne oczy… I oto jestem w Sydney, gotowa na godzinę zero 31 grudnia, a tymczasem dookoła co chwilę słyszałam, że pokaz fajerwerków może zostać odwołany. Wszystko oczywiście przez szalejące pożary buszu i wysoką temperaturę powietrza, która była prognozowana na ten dzień. Mniej więcej od połowy listopada byłam na bieżąco z kolejnymi doniesieniami o możliwym odwołaniu pokazu, czytałam kolejne artykuły i komentarze z argumentami za i przeciw. Ludzie pisali, żeby odwołać pokaz, a te 6,5 mln dolarów przeznaczyć na pomoc w walce z pożarami. Władze jednak poinformowały, że większość tego budżetu już została wydana, bo przygotowania do pokazu rozpoczęły się 15 (!) miesięcy temu. Inni byli za tym, żeby pokaz się odbył, bo w ten sposób w tym smutnym czasie będzie można choć na chwilę zapomnieć o szalejącym żywiole (a mówiła to jedna z osób, która straciła dom w pożarach!). Koniec końców 30 grudnia po południu, czyli niewiele ponad 24h przed godziną zero, NSW Rural Fire Service wydało zgodę na przeprowadzenie głównego pokazu sztucznych ogni w Sydney, natomiast odwołane zostały pokazy w pobliskich dzielnicach (m.in. Parramatta, Campbelltown). Do dziś nie wiem, czy to była kwestia tego, że pokaz w Sydney jest największy w całym regionie (jeśli nie na świecie), czy tego, że fajerwerki są odpalane w otoczeniu sporej ilości wody w porcie i zatoce, więc teoretycznie jest bardziej bezpiecznie.
Ostatecznie więc udałam się kilka godzin przed północą na wybrany przeze mnie punkt do obserwacji pokazu, zajęłam miejsce i czekałam. Będąc w Polsce, nawet sobie nie wyobrażałam, jakie to jest przedsięwzięcie, żeby mieć dobry widok na fajerwerki odpalane z Harbour Bridge. W Internecie można znaleźć specjalne mapy, na których są zaznaczone punkty widokowe z informacją, czy dane miejsce jest płatne, czy bezpłatne i od której godziny trzeba zająć miejsce. Niektórzy koczują pod bramami już od 2 nad ranem, czyli na 22h przed północą! Szaleństwo! Jeśli chcesz uniknąć siedzenia przez cały dzień w upale, możesz wykupić biletowane miejsce – ceny kształtują się od kilku do kilku tysięcy dolarów. Jak widać, to ogromny biznes.
Tak naprawdę w Sydney są dwa pokazy fajerwerków – jeden o 21 dla rodzin z dziećmi i główny o północy. Już ten pierwszy robił wrażenie, ale wszyscy mówili, żeby poczekać na to, co się będzie działo za 3h. I rzeczywiście, co to było za widowisko! Fajerwerki były odpalane z Harbour Bridge, z Opery, a także z dryfujących w porcie statków. Co kilka sekund byliśmy zaskakiwani kolejnymi kombinacjami sztucznych ogni (np. taką, która układała się w napis SYDNEY) i przez 12 minut trwania pokazu co chwilę dało się słyszeć wyrazy zachwytu publiczności.
Z jednej strony, cieszyłam się, że mogę wreszcie zobaczyć na żywo to, co dotychczas widziałam na ekranie komputera, jednak z tyłu głowy miałam myśl, że w tym samym czasie ludzie są ewakuowani ze swoich domów i Nowy Rok spędzają w niepewności i w obliczu katastrofy… Co mi się jednak podobało to fakt, że podczas obu pokazów na dwóch pylonach Harbour Bridge został wyświetlony link do wpłaty środków na rzecz wspierania służb w walce z pożarami. Jak się później okazało, zebrano w ten sposób 2 mln dolarów.
I takim słodko-gorzkim akcentem zakończyłam 2019 rok. A co wydarzy się w 2020? Tego nie wie nikt, możemy tylko liczyć, że rok 2020 będzie (jeszcze) lepszy niż ten poprzedni.
Szczęśliwego Nowego Roku!

























































Leave a comment