Już końcówka grudnia, a ja jeszcze nie zdążyłam dodać podsumowania listopada. Jeśli jesteście ciekawi, co się u mnie wtedy działo, zapraszam do przeczytania tekstu o codziennym życiu w Sydney – o mojej pracy i australijskiej edukacji – ale również o miejscach, które udało mi się przez ten czas odwiedzić.
Jak już wiecie, pod koniec października rozpoczęłam pracę w szkolnej administracji. Byłam przeszczęśliwa, bo była to praca biurowa, a więc znacznie mniej męcząca niż praca fizyczna, a do tego wypłata wystarczała już nie tylko na samo utrzymanie, ale także odkładanie na podróże. Dodatkowe plusy to codzienny kontakt z Australijczykami i możliwość wglądu w szkolne życie „od środka”. Od początku zauważyłam ogromne różnice między polskim a australijskim systemem szkolnictwa, przy czym trzeba zaznaczyć, że szkoła, w której pracuję, to szkoła prywatna. Rok szkolny pokrywa się z rokiem kalendarzowym i podzielony jest na cztery 10-tygodniowe semestry. Po każdym z nich jest ok. dwutygodniowa przerwa, a główne wakacje przypadają na okres grudzień-styczeń. Dzieci uczą się tutaj od 6. roku życia, a kończą szkołę, kiedy mają 18 lat. Pomijając etap przedszkola, dzieci mają za sobą 6 lat podstawówki i 6 lat liceum, kiedy opuszczają szkołę. Potem oczywiście mogą iść na studia, choć są one w Australii bardzo drogie. Nawet opłaty za szkołę podstawową do niskich nie należą (ok. 7 tys. dolarów rocznie, ale w prywatnej szkole), a wysokość opłat rośnie wraz z kolejnymi etapami edukacji.
Dzieci uczą się podobnych przedmiotów, jak my w Polsce, wyjątkiem są języki – japoński i indonezyjski. Zajęcia codziennie rozpoczynają się i kończą o tych samych godzinach, tzn. od 8:25 do 15:30, a w trakcie są dwie 20-minutowe przerwy. W trakcie przerwy lubiłam oglądać biegające dzieciaki ubrane w mundurki – obowiązkowo z kapeluszem z szerokim rondem, chroniącym przed słońcem!
W trakcie ostatnich 8 tygodni miałam różne obowiązki – jedne mniej, a drugie bardziej ambitne. Oprócz typowo administracyjnych czynności jak skanowanie czy drukowanie byłam m.in. odpowiedzialna za przygotowanie pakietów powitalnych dla uczniów pierwszych klas liceum. I to właśnie wtedy dowiedziałam się, że każdy uczeń musi mieć ze sobą w szkole iPada albo laptopa z dotykowym ekranem. W pakiecie powitalnym dołączona była także lista wszystkich aplikacji – płatnych i bezpłatnych – które każdy uczeń powinien mieć zainstalowane na swoim urządzeniu. Dodatkowo przed rozpoczęciem semestru co roku jest organizowany dwudniowy obóz, na który jadą dzieci rozpoczynające liceum. Stwierdziłam, że to całkiem fajny pomysł na integrację i sposób na poznanie swoich nowych kolegów i koleżanek z klasy.
Na początku testowałam różne formy dojazdu do pracy i powrotu. Autobus (a właściwie dwa, bo musiałam się przesiadać) zabierał zdecydowanie za dużo czasu w stosunku do odległości, jaką musiałam pokonać. Było to tylko 7km, a autobusem jechałam ponad godzinę! Dlatego już w pierwszym tygodniu wybrałam się na pieszą wycieczkę do mieszkania (1h 30 min), raz spróbowałam biegu (prawie 40 min. i myślałam, że padnę z gorąca), a na koniec zdecydowałam się na rower (35 min.). I tak już zostało, chociaż Australijczykom nadal nie mieści się w głowie, że ktoś może jeździć do pracy rowerem, a nie samochodem 😛
W pracy jest dość różnorodne towarzystwo. Na podobnej wizie jest Argentyńczyk, który wraca do domu pod koniec grudnia. Mamy też reprezentację z Wielkiej Brytanii, Filipin czy Fidżi. Dodatkową ciekawostką jest to, że szkoła znajduje się tuż przy lotnisku – nie tym głównym, tylko takim ćwiczeniowym – więc codziennie słychać przelatujące samoloty. To mi się podoba 😀
No dobrze, a co poza pracą? Choć praca zajmowała sporo mojego czasu, to oczywiście weekendy przeznaczałam na zwiedzanie. Raz wybrałam się na free walking tour, ale muszę przyznać, że ze wszystkich tego typu wycieczek, na których byłam, wyniosłam z niej najmniej informacji. W sumie czego mogłam się spodziewać po kraju z tak krótką historią. Dowiedziałam się jednak parę ciekawostek, o których – mam nadzieję – napiszę kiedyś osobny tekst. Czy wiedzieliście, że w miejscu Opery stała kiedyś zajezdnia tramwajowa? A architekt, który zaprojektował Operę, nie ujrzał jej nigdy na własne oczy?
Co roku na przełomie października i listopada jest organizowana wystawa sztuki nowoczesnej „Sculpture by the Sea”, która jest ulokowana wzdłuż wybrzeża, niedaleko słynnej plaży Bondi. I choć spodziewałam się tłumów, to to, co zastałam na miejscu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ludzie byli WSZĘDZIE! Ale widok rzeźb – mniej lub bardziej dziwacznych – na tle oceanu koił moje nerwy, kiedy stałam w kolejce, żeby w ogóle przejść dalej.
W kolejnym tygodniu niestety okazało się, że się przeziębiłam. I nie było to takie zwykłe przeziębienie, tylko jakaś tropikalna, australijska odmiana, której nigdy w życiu nie przechodziłam. Było mi źle, czułam się samotna i każdego dnia w pracy modliłam się, żeby wybiła 16, żebym po powrocie do mieszkania mogła zawinąć się w kłębek i pójść spać. Musiałam szukać w Google odpowiedników naszych leków, bo nawet nie wiedziałam o co pytać w aptece. Chorowanie za granicą – nie polecam.
Listopad to miesiąc kwitnienia jacarandy – drzew o fioletowych kwiatach, w których się zakochałam. Z dnia na dzień całe Sydney było coraz bardziej skąpane we fiolecie, jednak najbardziej popularna „jacarandowa” ulica znajduje się w dzielnicy Kirribilli. Drzewa rosną tam po obu stronach ulicy i tworzą swoisty tunel, który jest częstym tłem na wielu zdjęciach turystów. Odkryłam to, kiedy dotarłam tam za pierwszym razem i gdy dookoła kręciło się sporo ludzi, dlatego postanowiłam wrócić w to miejsce o niestandardowej porze, czyli np. w sobotę rano po parkrun 😀 Ludzi było zdecydowanie mniej, choć nadal kręciło się kilku turystów.
11 listopada naprawdę chciałam świętować po poznańsku, czyli z rogalem w ręce. I choć zdawałam sobie sprawę, że nie uświadczę tutaj rogala świętomarcińskiego, to miałam nadzieję na jakiegokolwiek rogala, choćby takiego nadziewanego czekoladą. Chciałam pokazać współlokatorom jak się obchodzi Dzień Niepodległości w Poznaniu, ale niestety mój plan nie wyszedł, a ze sklepu wróciłam z australijskimi lamingtonami, czyli ciastkami biszkoptowymi z wiórkami kokosowymi. W przyszłym roku nadrobię i zjem dwa 😛
Pod koniec listopada rozpoczął się sezon na pożary buszu i było to dość przerażające, kiedy wszędzie – w radio, telewizji, Internecie – pojawiały się ostrzeżenia, że to najgorszy stan od 2009 roku. Od tamtej pory prawie codziennie sprawdzam mapę pożarów, a od niedawna również poziom zanieczyszczenia powietrza. Dlaczego? Bo wiatr przywiewa z pożarów dym i popiół aż do samego Sydney (raz nawet wychodząc z mieszkania natknęłam się na spalone liście na ziemi!). Nie jest to przyjemne, szczególnie jak się jeździ rowerem, a w pracy codziennie pytają, czy jestem pewna, że chcę jechać w tym smogu 😛
Pod koniec listopada wygasał voucher, który dostałam przy okazji wejścia na Harbour Bridge, dlatego w przedostatni weekend listopada ponownie wybrałam się na most, ale tym razem weszłam na jeden z jego pylonów. Jest to o wiele tańsza opcja zobaczenia panoramy Sydney z Harbour Bridge, jednak trzeba przyznać, że widok nie jest aż tak spektakularny. Może to kwestia wysokości – stojąc na szczycie pylonu, jesteśmy 89 m nad ziemią, natomiast wysokość całego mostu to 134 m. Przy okazji można jednak poczytać o burzliwej historii Harbour Bridge i obejrzeć zdjęcia z jego otwarcia.
Innym miejscem, do którego wybrałam się pod koniec listopada, był Royal National Park, który leży jakąś godzinę jazdy autem od Pananii, gdzie obecnie mieszkam. Jest tam baaardzo duży wybór szlaków i miałam spory problem, na jaki się zdecydować, ale ostatecznie stanęło na 10-kilometrowym szlaku prowadzącym zarówno przez busz, jak i wzdłuż wybrzeża. Częściowo pokrywał się ze słynnym 25-kilometrowym szlakiem Coast Track, który zapadł mi w pamięć i od tamtej pory zastanawiam się, czy udałoby mi się przejść go w jeden dzień 😛
Listopad zakończyłam wycieczką do Cronulli, gdzie znajduje się piękna plaża oraz szlak prowadzący wzdłuż wybrzeża. Niestety tego dnia nie było dobrej pogody. Temperatura jak na początek lata nie zachwycała, a silny wiatr i zachmurzone niebo zwiastowały deszcz. Na szczęście koniec końców nie było tak źle, trochę pokropiło, a ja mogłam nacieszyć się widokami i poczytać nowo zakupioną książkę, siedząc tuż przy plaży.
Na koniec jeszcze parę słów o parkrun. Że co sobotę biegam, odwiedzając różne lokalizacje w Sydney, to chyba już wszyscy wiedzą 😛 Ale w listopadzie odezwał się do mnie Scott z parkrun w Australii z pytaniem, czy nie chciałabym czegoś napisać na australijskiego bloga. Było mi tak miło, że oczywiście z chęcią się zgodziłam, jednocześnie czując presję, żeby napisać coś fajnego, coś, co spodoba się Australijczykom. Gdybym wiedziała, że mój artykuł trafi nie tylko na australijskiego bloga, ale także na fanpage’a parkrun Australia, a nawet fanpage’a parkrun global, to na pewno bardziej bym się zestresowała 😛 Po jego publikacji sporo osób rozpoznaje mnie na parkrun, a dodatkowo dostałam kilka wiadomości od Polek mieszkających w Sydney z propozycją spotkania. Jak to mówią: parkrun łączy ludzi 😀
I tak minął listopad. Grudzień również obfitował w ciekawe wydarzenia, więc czekajcie na kolejne podsumowanie – obiecuję, że pojawi się znacznie szybciej niż to listopadowe 😛
A na koniec zdjęcia papug, które są nagrodą dla tych, którzy dotrwali do końca!


















































Leave a comment