Styczeń

I znowu minął kolejny miesiąc. Mam wrażenie, że ostatnio czas nieco przyspieszył, co z jednej strony mnie martwi, a z drugiej cieszy, bo z niecierpliwością czekam na lot do Polski na Wielkanoc (choć czy dolecę to już jest druga kwestia 😛 ). Mam ten komfort, że potem jeszcze wracam do Sydney na kilka miesięcy, które będą poprzedzone i zakończone podróżami. Ale o tym napiszę w swoim czasie, bo plan jest w trakcie tworzenia 🙂

Styczeń jak co roku rozpoczął się aktywnie. W Nowy Rok o godz. 9 rano przebiegłam swój pierwszy parkrun w 2020 roku. Z jednej strony to trochę szalone wstawać po zaledwie kilku godzinach snu, ale z drugiej strony, kiedy obudziłam się rano, poczułam się po prostu samotna. Współlokatorzy nadal byli w Polsce, odwiedzając rodzinę i znajomych po 1,5 roku pobytu w Australii, więc miałam wizję kolejnego, samotnego dnia. Dlatego mimo że byłam zmęczona po niezbyt przespanej sylwestrowej nocy, zmotywowałam się do wstania i ruszyłam do centrum Sydney. Fajnie było spędzić pierwszy poranek nowego roku wśród innych uczestników parkrun. Dzięki temu poczułam się choć trochę jak w domu.

Stojąc po biegu na peronie, uzmysłowiłam sobie, że skoro u mnie jest 9:50, to w Polsce dochodzi północ! Czym prędzej zdzwoniłam się z rodziną, dzięki czemu mogłam wspólnie z nimi świętować nadejście Nowego Roku i drugi raz w ciągu 10h obchodzić Sylwestra 😀 To było dość dziwne uczucie, kiedy oglądałam fajerwerki rozświetlające niebo w Polsce, jednocześnie czekając w pełnym słońcu na przyjazd pociągu. Ale jak to mówi moja siostra – jestem w końcu człowiekiem z przyszłości 😛

Po takim aktywnym rozpoczęciu dnia pojechałam ze znajomymi na plażę Putty Beach, gdzie odpoczywałam po intensywnym poranku. W oddali szumiały fale, słońce przygrzewało, a mi było tak dobrze! Do tego udało nam się uratować płaszczkę, która ugrzęzła w skale i nie miała jak przedostać się z powrotem do oceanu. Za pomocą apaszki przetransportowałyśmy ją do wody i mamy nadzieję, że wiedzie długie i szczęśliwe płaszczkowe życie. Tę idyllę przerywało jedynie coraz głośniejsze burczenie wydobywające się z mojego brzucha, bo niestety nie wzięłam ze sobą żadnego jedzenia (założyłam, że coś będzie można kupić na miejscu – mój błąd). Jeśli więc spełni się powiedzenie: „jaki Nowy Rok, taki cały rok”, to w 2020 roku co prawda będę głodować, ale będę też biegać, spędzać czas na plaży i ratować niewinne stworzenia 😛

Kolejnego dnia nadal miałam wolne, bo do pracy wracałam dopiero w drugim tygodniu stycznia. Postanowiłam więc w końcu wykorzystać swój prezent urodzinowy i zobaczyć od środka słynną Operę w Sydney. Długo przeglądałam repertuar wydarzeń, bo chciałam mieć pewność, że to będzie coś, co zapamiętam na długo. Warto dodać, że Opera w Sydney to nie jest typowa opera, do której chodzi się ubranym w garnitur albo suknie balowe. Organizowane są różne wydarzenia – koncerty, spektakle teatralne, kabarety. Jednak kiedy mój wzrok spoczął na reklamie koncertu muzyki Beatlesów, wiedziałam, że to jest to. Swego czasu byłam ich wielką fanką, a teraz po prostu lubię ich słuchać (szczególnie po obejrzeniu filmu „Yesterday”).

Sam budynek wewnątrz nie robił szczególnego wrażenia – ot, po prostu zwykłe wnętrze teatru. Opera jednak najlepiej prezentuje się z zewnątrz. Kiedy zajęłam swoje miejsce, okazało się, że zaraz obok mnie siedział Anglik, pochodzący z Liverpoolu, który nosił okulary-lenonki. Czyli wszystko się zgadzało 😛 Ludzie byli bardzo różnie poubierani – jedni w sukienkach i eleganckich koszulach, a inni w klapkach i krótkich spodenkach. Sam koncert był super i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Szczególnie, że co chwilę przypominałam sobie, że przecież siedzę w tym przepięknym budynku, którego zdjęcia znajdują się  we wszystkich przewodnikach o Australii. Gdy koncert dobiegł końca, z głośników podano informację, że przy wyjściu jest organizowana zbiórka pieniędzy na walkę z pożarami buszu, z którymi Australia zmagała się od kilku miesięcy. Nie mogłam nie dać czegoś od siebie. W końcu Australia tyle mi daje, że czułam potrzebę, aby w jakiś sposób się zrewanżować. A widok Sydney nocą tylko mnie w tym przeświadczeniu utwierdził.

Kolejny wolny dzień postanowiłam przeznaczyć na przejście jednego z najbardziej polecanych szlaków w Sydney, czyli Spit to Manly, który ciągnie się przez 10km wzdłuż wybrzeża na północy Sydney. I choć jest określany jako „scenic”, to ja pozostanę fanką 5-kilometrowego szlaku Coogee to Bondi, który ciągnie się wzdłuż oceanu. Na moje odczucia mógł mieć wpływ fakt, że tego dnia było bardzo gorąco, a ja nie miałam siły ani pokonywać kolejnych kilometrów, ani cieszyć się z pięknych widoków. Dopiero kiedy doszłam na plażę w Manly i chwilę odpoczęłam, zaczęłam dochodzić do siebie. Myślę, że duży udział miały w tym lody i ciastka 😀 Kolejny raz przekonałam się, że nie potrafię funkcjonować w upale (tak, wiem, Australia pod tym względem to nie jest najszczęśliwszy wybór 😛 ).

Styczeń to niestety też czas szalejących pożarów buszu. Codziennie czytałam o sytuacji pożarowej w Australii, sprawdzałam mapę pożarów i poziom zanieczyszczenia powietrza. I choć te doniesienia były przerażające, to miałam świadomość, że busz pali się kilkaset kilometrów od Sydney, więc czułam się bezpieczna. Do czasu. Pewnego dnia na początku stycznia, kiedy pokonywałam inny szlak na północy Sydney, odruchowo sprawdziłam mapę pożarów. I zamarłam. Jakieś 2km od mojego mieszkania pojawiła się żółta kropeczka oznaczająca pożar buszu. Przy czym żółty kolor oznacza drugi stopień w trzystopniowej skali. Muszę przyznać, że podniosło mi się ciśnienie. Nie wiedziałam, czy natychmiast jechać do mieszkania, żeby na własne oczy zobaczyć, jak wygląda sytuacja, czy jednak spokojnie dokończyć szlak. Ostatecznie do mieszkania wróciłam parę godzin później i od razu poszłam nad rzekę, żeby zobaczyć skalę pożaru po drugiej stronie rzeki. Widziałam helikopter gaszący pożar z powietrza, widziałam też unoszący się nad drzewami dym. Sytuacja jednak wyglądała na opanowaną, więc wróciłam do mieszkania względnie uspokojona. Mimo to tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Świadomość bycia samej w mieszkaniu wzmagała moje podenerwowanie. Nie tak wyobrażałam sobie lato w Australii. Zamiast planowania wyjazdów poza Sydney, leżałam w łóżku, zastanawiając się co bym ze sobą zabrała, gdyby pożar przeniósł się na drugą stronę rzeki, czyli bliżej mnie (ostatecznie stanęło na paszporcie, telefonie i dysku zewnętrznym ze zdjęciami 😛 ). W tym momencie bardzo zatęskniłam za umiarkowanym klimatem w Polsce.

Kolejnego dnia obudził mnie straszny zapach spalenizny, który towarzyszył mi przez cały dzień. Czułam go w powietrzu, na swoich ubraniach, we włosach. Jadąc rano rowerem do pracy, spoglądałam w stronę rzeki, żeby sprawdzić, czy nie widać na horyzoncie dymu z pożaru. Nie był to idealny poranek pierwszego dnia w pracy po 3-tygodniowej przerwie. W ogóle powrót do pracy był ciężki i długo nie mogłam przestawić się z trybu: zwiedzanie na tryb: praca. W sumie dawno nie miałam tak długiej przerwy od pracy 😛

Od pracy najlepiej odpoczywałam na plaży, dlatego w weekend byłam częstą bywalczynią Manly. Po prostu nie mogłam nadziwić się temu, że zaledwie po 30 minutach (widokowego!) rejsu można być nadal w Sydney, a jednak w zupełnie innym otoczeniu. Zamiast wieżowców i gęstwiny ulic w CBD, w Manly jest bardziej spokojna i wyluzowana atmosfera. Dookoła krążą surferzy, nad głową szumią palmy, a w oddali ocean ciągnie się aż po horyzont.

W połowie stycznia, jak co roku, odbył się finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a ja nie mogłam przepuścić takiej okazji, więc pojawiłam się w sztabie WOŚP w Sydney. Na miejscu pogadałam z Polakami, zjadłam ciasto, zrobiłam sobie zdjęcie na ściance, a potem wszyscy się ustawiliśmy i nagraliśmy krótki film dla TVN24. Czy ten materiał został użyty, nie wiem, bo nie oglądałam 😛 Jako że wszystkie australijskie zbiórki wspierały inny cel niż polska (w Australii środki były zbierane na rzecz walki z pożarami), to po powrocie do mieszkania dorzuciłam coś od siebie również do polskiej puszki. Tak, w tym roku styczeń był zdecydowanie miesiącem dobroczynności.

Po miesiącu od powiedzenia sobie „do zobaczenia w styczniu” w końcu nadszedł dzień powrotu moich współlokatorów. Mieszkanie samemu ma swoje plusy (można robić wszystko co się chce, łącznie ze śpiewaniem i tańczeniem), ale i minusy (bo nie ma z kim pogadać i nie ma motywacji do sprzątania 😀 ). Dlatego wyczekiwałam tego sobotniego poranka, kiedy w końcu wszystko wróci do normy. Muszę przyznać, że gdybym brała udział w konkursie na wzorową współlokatorkę, to mogłabym zająć wysokie miejsce 😛 A wszystko dlatego, że bardzo dobrze się przygotowałam – zrobiłam napis WELCOME HOME, ugotowałam obiad, upiekłam chleb, a do tego kupiłam australijskie przysmaki – mango, ciastka Tim Tam i piwo imbirowe. Byli mocno zaskoczeni, szczególnie napisem, który wisi po dziś dzień (stan na początek marca) 😀

Pod koniec stycznia Australijczycy świętują najważniejszy dla nich dzień w ciągu roku, czyli Australia Day, który przypada 26 stycznia. W związku z tym mieliśmy 3-dniowy długi weekend, więc trzeba było coś zaplanować. Pierwszego dnia pojechaliśmy do Royal National Park, gdzie przeszliśmy się 12-kilometrowym szlakiem prowadzącym do często fotografowanego przez turystów Figure 8 Pools. Jest to naturalny basen w skale w kształcie ósemki. I powiem tak, gdyby ktoś nie wskazał mi palcem gdzie mam szukać tej słynnej atrakcji, to prawdopodobnie nie zwróciłabym na nią uwagi i przeszłabym obok. Po prostu ona była taka mała! Skończyło się na tym, że zrobiłam zdjęcia wszystkiemu dookoła, ale nie głównej atrakcji. Ale okolica podobała mi się dużo bardziej, szczególnie że tego dnia było dość pochmurno, co dodawało wszystkiemu nieco mrocznej aury.

Drugiego dnia długiego weekendu przypadał właśnie Australia Day. Ten dzień od lat dzieli Australię. Jedni obchodzą to święto, widząc je po prostu jako upamiętnienie założenia pierwszej stałej osady w Australii, z kolei inni odmawiają świętowania, nazywając 26 stycznia Dniem Inwazji. Faktem jest, że to właśnie tego dnia w 1788 roku Brytyjczycy pojawili się na terenach zamieszkałych przez rdzennych mieszkańców, czyli Aborygenów.

Dzień był wypełniony przeróżnymi atrakcjami, dlatego już od rana pojechałam do centrum. Wszędzie było mnóstwo ludzi, a do tego w okolicy portu były kontrole bagażu, więc tworzyły się spore kolejki. Jakimś cudem udało mi się dotrzeć na czas na Harbour Bridge, z którego miałam idealny widok na słynny wyścig promów, czyli Ferrython. Pogoda tego dnia była wprost idealna – słońce mocno przygrzewało, a na niebie nie było widać żadnej chmurki. Nic więc dziwnego, że zdjęcia wychodziły wręcz pocztówkowe!

Następnie pognałam pod Operę, bo umówiłam się tam ze współlokatorami. Znalezienie ich w tłumie nie było proste, ale w końcu się udało. Wspólnie obejrzeliśmy paradę statków, przelot odrzutowców i helikopterów z ogromnymi australijskimi flagami, a nawet balet jachtów (statki „tańczyły” do muzyki poważnej, trzeba przyznać, że nawet synchronicznie). Dookoła nas było mnóstwo Australijczyków ubranych w kolory australijskiej flagi i z biało-czerwono-niebieskimi gadżetami. Widziałam nawet pana z pluszowym kangurem na głowie 😀

Po tych atrakcjach w porcie postanowiliśmy udać się do najstarszej dzielnicy Sydney, czyli the Rocks. Tutaj zawsze jest klimatycznie, ale tego dnia atmosfera była podwójnie radosna. Była muzyka na żywo, jarmarki, foodtracki.

Następnie się rozdzieliliśmy – Aga z Błażejem wrócili do mieszkania, a mi jeszcze było mało, więc popłynęłam promem do Manly. Chciałam zobaczyć, jak Australijczycy świętują na plaży. Niestety było już dość późno, więc wiele osób wracało z plaży. Mimo to przeszłam się brzegiem oceanu, ochładzając się w zimnej wodzie. W Manly zawsze jest super!

Płynąc w stronę Manly, zastanawiałam się co by było, gdyby nie można było wrócić do miasta promem. No i niestety doświadczyłam tego już kilka godzin później w drodze powrotnej, gdy dowiedziałam się, że ze względu na koncert odwołano wszystkie wieczorne kursy promów. Wpakowanie się do autobusu, który może pomieścić jakąś 1/10 osób w porównaniu do ogromnego promu, nie było łatwe, ale za drugim podejściem się udało. Spóźniona dotarłam w końcu do Circular Quay, mimo że nie miałam już siły. Wiedziałam jednak, że to prawdopodobnie moja jedyna okazja w życiu, żeby zobaczyć świętowanie Australia Day na żywo. I nie żałowałam swojej decyzji! Był koncert muzyki współczesnej połączony z aborygeńskim tańcem i grą na didgeridoo. Do tego na „żaglach” Opery były wyświetlane różne animacje – a to z australijską flagą, a to ze zdjęciami strażaków (do tego akurat grana była smutna piosenka, więc koniec końców wszyscy ocierali łzy wzruszenia). Dookoła pływały podświetlone łódki, które tworzyły niesamowity klimat. Imprezę zakończył pokaz fajerwerków, który swoim przepychem mógłby dorównywać temu z Sylwestra. Całość naprawdę zrobiła na mnie ogromne wrażenie, możliwe, że po części dlatego, że w ogóle nie spodziewałam się aż takiej imprezy. Mają rozmach w świętowaniu swojego Dnia Australii – to trzeba im przyznać.

Kolejnego, trzeciego już dnia długiego weekendu wybraliśmy się na krótki szlak, który prowadził do Mermaids Pools. Niby tylko godzina drogi z Sydney, a klimat był już zupełnie inny – przypominał mi trochę ten z Outbacku. Szliśmy wąwozem, wzdłuż którego płynęła niewielka rzeka, a na końcu dotarliśmy do ogromnego jeziora. Niektórzy do niego wskakiwali, ale wejście z powrotem na górę było już dużo trudniejsze. Postanowiliśmy więc wykąpać się w bardziej odosobnionym miejscu i to była bardzo dobra decyzja! Dookoła nas nie było nikogo, a my taplaliśmy się w zimnej wodzie (tzn. nie aż takiej zimnej, bo jednak do niej weszłam 😛 ). To było idealne zakończenie długiego weekendu.

Co działo się w lutym? O tym napiszę już wkrótce!

Leave a comment

Blog at WordPress.com.

Up ↑

Design a site like this with WordPress.com
Get started