Po powrocie

Minęły dwa miesiące od mojego powrotu do Polski. Wydawałoby się, że po takim czasie zdążę już przywyknąć do nowej rzeczywistości. Czuję jednak, że mimo że ciałem jestem już od kilku tygodni w Polsce, to myślami wciąż jeszcze w Australii. Nadal słucham radia z Sydney. Jestem na bieżąco z informacjami o korkach na mieście, promocjach w sklepach i wiadomościami. Czasem podglądam też Sydney w kamerce internetowej. No i nadal nie przestawiłam się na ruch prawostronny – ciągle muszę sobie przypominać, żeby najpierw spojrzeć w lewo, a nie w prawo, przy przechodzeniu przez jezdnię.

Przez te dwa miesiące dużo się działo. Na początek oczywiście obowiązkowa, dwutygodniowa kwarantanna, która wbrew obawom całkiem szybko minęła – miałam przynajmniej czas, żeby spokojnie przestawić się na nową strefę czasową. Potem przeprowadzka i powolne odbudowywanie swojego życia w Polsce. Udało mi się wrócić do pracy, skracając tym samym swój roczny urlop, co bardzo doceniam. Zobaczyłam się też w końcu z najbliższą rodziną, choć początkowo jedynie z daleka, przez płot i w maseczkach. Moment, w którym uświadamiasz sobie, że osoby, które dotychczas widniały tylko na ekranie telefonu, są zaraz obok ciebie, zmienia perspektywę. Już nie byłam „tam”, byłam „tutaj”.

I choć czasem zastanawiam się co by było, gdybym jednak została w Australii (czy udałoby mi się znaleźć pracę, czy jednak siedziałabym całymi dniami w mieszkaniu?), to rozsądek podpowiada mi, że decyzja o powrocie w tamtym momencie była jedyną właściwą. Jednak z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie potrafię do końca rozpakować swojej walizki. Od kilku tygodni leży przy drzwiach mojego pokoju, zupełnie tak, jakbym zaraz miała się spakować i znowu ruszyć w świat.

I kiedy czasem tak sobie siedzę i myślę o swoim pobycie w Australii, który tak gwałtownie się zakończył, dochodzę do wniosku, że są rzeczy, za którymi tęsknię, których mi brakuje i do których w każdej chwili bym wróciła. Ale z drugiej strony są również takie, za którymi nie tęsknię w ogóle. W końcu nie wszystko było idealne.

Za czym tęsknię?

– za wszechobecną, tak odmienną od naszej przyrodą – za skrzeczącymi o 6 rano papugami, za śmiejącą się kukaburą czy za przelatującymi nad głową nietoperzami;

– za planowaniem weekendowych wypadów za miasto, za możliwością odkrywania kolejnych zakątków Sydney czy po prostu spojrzenia po raz setny na Operę;

– za świeżym mango i awokado, które nigdzie nie smakują tak, jak tam;

– za uprzejmością ludzi, która sprawiała, że dzień stawał się lepszy;

– za ciągłym odkrywaniem aspektów codziennego życia w Australii, których nie poznałabym jako turystka;

– za widokiem oceanu, który swoim ogromem zawsze mnie zachwyca;   

– za tym, że dotychczas bardzo odległe miejsca okazywały się na wyciągnięcie ręki – w 3h mogłam dostać się do Nowej Zelandii, a w 9h na Hawaje;

– za poczuciem, że dzięki codziennym wyzwaniom otwieram się, rozwijam i nieustająco poprawiam swój angielski;

– za ludźmi z pracy, którzy odkrywali przede mną kolejne oblicza Australii, a na koniec stanowili oparcie w momentach, kiedy czułam się zagubiona;

– za popołudniowymi heheszkami ze współlokatorami, za grami w planszówki, za wspólnym narzekaniem na pracę i wspólnym wyczekiwaniem weekendu, po prostu za stworzeniem substytutu domu na końcu świata.

Za czym nie tęsknię?

– za wychłodzonym mieszkaniem podczas australijskiej zimy, choć nie miałam szansy jej doświadczyć na własnej skórze – jesień w zupełności mi wystarczyła, żeby wyrobić swoje zdanie;

– również za australijskim latem – 45-stopniowe upały, szalejące pożary, dym i niebezpieczne dla zdrowia zanieczyszczenie powietrza nie należały do moich ulubionych aspektów lata w Australii;

– za brakiem długich letnich wieczorów, kiedy jest jasno do 22, tak jak w Polsce – w Sydney latem słońce zachodzi max. o 20, a zimą ok. 17;

– za ciągłą tęsknotą za domem, która raz przybierała na sile, a raz odpuszczała;

– za poczuciem, że omija mnie wiele ważnych wydarzeń w Polsce, których nie da się powtórzyć ani doświadczyć przez Skype’a;

– za świadomością, że zawsze pozostanę „tym obcym” w Australii, nieważne, ile czasu bym tam mieszkała;

– za poczuciem samotności i świadomością, że jestem zdana tylko na siebie;

– za wiecznie zawieszającym się Internetem, którego jakość w Australii niestety nie jest najlepsza (kto ze mną kiedykolwiek rozmawiał, ten może potwierdzić);

– za ciągłym liczeniem która jest w Polsce godzina i czekaniem od rana przez kilka godzin na odpowiedź na wysłane przeze mnie wiadomości.

Prawdopodobnie mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Fakt jest taki, że jednym z założeń całego wyjazdu było to, żeby pojechać na dłużej do Australii, nasycić się wszystkim i nie czuć potrzeby, żeby jeszcze raz lecieć. Mam jednak wrażenie, że jest tylko gorzej, że ciągnie mnie na drugą półkulę jeszcze bardziej niż wcześniej. Pobyt w Australii na wizie work&holiday niestety nie jest już dla mnie możliwy, pozostaje więc wyczekiwać otwarcia granic i odwiedzenia “starych kątów” już jako turystka.

Czekam na ten moment i już wizualizuję sobie przylot do Sydney, zupełnie tak, jak wizualizowałam sobie przylot do Polski. Mam nadzieję jednak, że tym razem wszystko pójdzie po mojej myśli i że będzie dokładnie tak, jak to sobie wyobrażam 🙂

Leave a comment

Blog at WordPress.com.

Up ↑

Design a site like this with WordPress.com
Get started