Na początku marca nic nie zapowiadało takiego szaleństwa, które miało później nadejść. Fakt, temat koronawirusa był obecny, ale wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą. Pierwszy przypadek w Australii został wykryty pod koniec stycznia, a liczba zachorowań utrzymywała się na stabilnym poziomie. Życie toczyło się normalnie.
Dlatego na początku marca spokojnie wybraliśmy się na małą wycieczkę, której zorganizowanie polecono mi w pracy. Razem ze współlokatorami podjechaliśmy do portu w Cronulli, skąd następnie popłynęliśmy klimatycznym stateczkiem do niewielkiego miasteczka Bundeena, leżącego tuż przy Royal National Park. Warto dodać, że w Bundeena rozpoczyna się 28-kilometrowy szlak Coast Track, prowadzący – jak nazwa wskazuje – cały czas wzdłuż wybrzeża w Royal NP. Planowałam przejść ten szlak pod koniec marca, ale niestety już nie zdążyłam.

Zamiast tego przeszliśmy 7-kilometrowy szlak do Wedding Cake Rock – skały, która kształtem przypomina właśnie weselny tort. Ta atrakcja stała się zresztą tak popularna, że władze musiały odgrodzić skałę barierkami, żeby turyści jej nie zadeptali. Mimo to i tak byliśmy świadkami jak niektórzy przeskakiwali przez barierki, zapewne żeby zrobić sobie idealne zdjęcie na Facebooka czy Instagrama
I choć moim zdaniem skała lepiej się prezentuje na zdjęciach niż w rzeczywistości, to i tak czułam, że to był dobry dzień. Pamiętam, jak płynęliśmy stateczkiem z powrotem do Cronulli i jak myślałam, jakie mam szczęście, że mogę tego wszystkiego doświadczać na własnej skórze. Fakt, tęskniłam już za rodziną, znajomymi, polskim jedzeniem i miejscami w Poznaniu, które kiedyś często odwiedzałam. Z drugiej strony jednak doceniałam to, że takie atrakcje jak Wedding Cake Rock mam na wyciągnięcie ręki i mogę ot tak w weekend je zobaczyć. Dopełnieniem idealnego dnia był przepiękny zachód słońca, na jaki udało nam się trafić, kiedy wracaliśmy do samochodu. Patrząc z perspektywy czasu, to był ostatni tak beztroski weekend.
Potem się zaczęło. W pracy wiedzieli o moim planowanym locie do Polski na święta i odtąd za punkt honoru postawili sobie, żeby codziennie (!) pytać mnie, czy lecę. Na początku to może było zabawne, ale w miarę zbliżania się do daty odlotu, kiedy coraz więcej rzeczy zaczęło się walić, te pytania wywoływały u mnie łzy. Wiem jednak, że chcieli dobrze i robili to z troski o mnie.
Jednym z pierwszych symptomów, że coś się zaczyna dziać, były braki pewnych produktów na sklepowych półkach. Czy ktoś mi może wytłumaczyć logikę założenia, że najpotrzebniejszą rzeczą nie jest jedzenie, woda czy leki, ale papier toaletowy? Śmiałam się z ludzi do momentu, kiedy naprawdę musiałam kupić papier. Sprytnie poszłam na zakupy rano przed pracą, ale nie pomyślałam, że jedynymi dostępnymi opakowaniami będą tylko takie ogromne, z 36 rolkami w środku. Możecie się domyślać, że mój plan, aby schować je wszystkie do plecaka, nie wypalił. Ostatecznie skończyło się na tym, że poszłam do pracy, niosąc przed sobą ogromne opakowanie papieru toaletowego, czym wzbudziłam konsternację i powszechną radość. Jo, z którą siedziałam w pokoju, popłakała się ze śmiechu, bo myślała, że zamierzam z tym papierem potem jechać rowerem 😀 No właśnie. Fajnie, miałam papier, tylko jak go przetransportować bezpiecznie do mieszkania? Już widziałam te dziwne spojrzenia w autobusie, więc postanowiłam spakować ten jakże cenny towar do sporej wielkości kartonu i dopiero tak przygotowana jechać autobusem. Na szczęście po raz kolejny uratowali mnie ludzie z pracy, którzy zaproponowali podwózkę pod same drzwi mieszkania. Ja i papier byliśmy uratowani! 😛

Potem miało miejsce kilka niefajnych sytuacji. Najpierw jedno dziecko w szkole, w której pracowałam, miało wstrząs anafilaktyczny i była wzywana karetka, co wszystkich postawiło na nogi. Później w pracy kazano mi siedzieć na recepcji, czego szczerze nienawidziłam, bo kompletnie nie wiedziałam jak pomóc w konkretnych zapytaniach. Te kilkadziesiąt minut dziennie wlokło się niemiłosiernie, a ja tylko modliłam się o jak najspokojniejszy „dyżur”, kiedy nikt nie dzwoni i nikt nie przychodzi z problemem, którego nie umiem rozwiązać.
Pewnego dnia poszła plotka po biurze, że mamy w szkole przypadek zakażenia koronawirusem. Po kilku dniach okazało się, że wynik testu jest negatywny, więc wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Odtąd miałam jednak z tyłu głowy myśl, że taka sytuacja może się lada dzień powtórzyć, co spowoduje zamknięcie szkoły, a co za tym idzie – brak pracy.
W związku z tymi wydarzeniami ciężko było o pozytywne nastawienie i dobry humor. Mimo wszystko jednak starałam się korzystać z różnych atrakcji, jakie ma do zaoferowania Sydney. Jednej soboty wybrałam się do Cronulli, gdzie znajduje się przepiękna, szeroka plaża, popularna wśród surferów i kitesurferów. Przespacerowałam się wzdłuż brzegu, a potem kupiłam sobie lody i książkę, co zawsze poprawia mi humor. Usiadłam na ławeczce z widokiem na plażę i ocean i stwierdziłam, że nie jest tak źle. Póki co mam pracę, mam gdzie mieszkać, a od mojej podróży do Polski nadal dzielił mnie prawie miesiąc. Miałam nadzieję, że do tego czasu wszystko się ustabilizuje (o ja naiwna). Postanowiłam też nie denerwować się rzeczami, na które nie mam wpływu.
Na Dzień Kobiet sama sobie zrobiłam prezent w postaci wycieczki na szlak Bondi do Watsons Bay. Najpopularniejszy jest 6-kilometrowy szlak z Coogee do Bondi, ale można też pójść dalej, aż do Watsons Bay, czyli jakieś 7 km dalej wzdłuż wybrzeża. W Bondi byłam już kilka razy, ale od ostatniej wizyty minęło kilka dobrych miesięcy, więc postanowiłam odświeżyć sobie pamięć. I dobrze, bo Bondi Beach to jedno z najpiękniejszych miejsc w Sydney, a ja dzięki temu miałam okazję je zobaczyć na krótko przed wylotem (choć oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to pożegnalny spacer).
Ledwo ruszyłam na szlak, a natrafiłam na coś, co mnie bardzo zainteresowało. Otóż przy ścianie jednego z budynków stał ogromny regał z książkami, które można było po prostu ze sobą zabrać. Spędziłam w tym miejscu dobre kilkadziesiąt minut, ale ostatecznie postanowiłam wziąć tylko jedną książkę.

Wędrowałam wzdłuż wybrzeża, patrząc na wzburzony ocean. W pewnym momencie moim oczom ukazała się przepiękna panorama Sydney, z wieżą, Operą i Harbour Bridge na czele. Uwielbiam to w Sydney, że praktycznie w każdym zakątku w centrum można odnaleźć takie perełki.
W końcu dotarłam do Watsons Bay, które lubię ze względu na nadmorski klimat, jaki tam panuje. Jest tam niewielka plaża, port, do którego dopływają promy z centrum Sydney, oraz kilka restauracji serwujących tradycyjne fish&chips. Warto na koniec dodać, że szlak Bondi do Watsons Bay jest częścią niedawno otwartego, większego szlaku, który rozciąga się między dwoma najpopularniejszymi plażami w Sydney, czyli Bondi i Manly. Całość ma ok. 50 km i można pokusić się o przejście wszystkiego jednego dnia albo podzielić szlak na części. Kiedy analizowałam przebieg trasy, wyszło mi, że zaliczyłam mniej więcej 80% szlaku, oczywiście dzieląc go na kilka etapów.
Potem nadszedł najcięższy tydzień ze wszystkich dotychczasowych. Sytuacja na świecie była dynamiczna i wszystko zmieniało się z dnia na dzień. Byłam na bieżąco nie tylko z sytuacją w Australii, ale także w Polsce. Kiedy dowiedziałam się o zamknięciu szkół w Polsce i odwołaniu wszystkich imprez masowych (a potem też parkrun), coś we mnie pękło. Nie pomogła też informacja, że na moje miejsce zostanie zatrudniona nowa osoba, więc nie ma mowy o przedłużeniu mojego kontraktu.
Tak bardzo chciałam być w domu na Wielkanoc! Tylko ta myśl trzymała mnie przy życiu przez ostatnie tygodnie. Kiedy tęskniłam, zamykałam oczy i wizualizowałam sobie moment, kiedy ląduję na Ławicy, gdzie czeka na mnie cała moja rodzina. Albo kiedy w sobotę idę na parkrun na poznańskiej Cytadeli, gdzie witam się ze wszystkimi dawno niewidzianymi znajomymi. Czułam niestety, że ta wizja oddala się ode mnie coraz bardziej, a ja sama nie wiedziałam co robić. Lecieć do Polski (jeśli w ogóle moje loty nie zostaną odwołane) i narażać resztę rodziny na ewentualne zarażenie? Czy zostać, wiedząc, że za chwilę kończy mi się kontrakt i praktycznie mam zerową szansę na znalezienie nowej pracy? Nie było dobrego rozwiązania w tej sytuacji, a ja byłam już na skraju wyczerpania.
Kiedy więc nadszedł kolejny weekend, postanowiłam nie odwoływać wcześniej zaplanowanego wyjazdu. Po prostu potrzebowałam jakiejś pozytywnej energii w moim życiu. Z tym wypadem wiąże się zresztą dłuższa historia, sięgająca lutego, a nawet grudnia. Otóż pewnego lutowego wieczoru odezwała się do mnie niejaka Alison, która przeczytała mój artykuł opublikowany na australijskim blogu parkrun (to było w grudniu!) i w związku z tym chciałaby zaprosić mnie do Newcastle na wspólny parkrun. I to z noclegiem! Na początku podchodziłam do tego pomysłu z rezerwą, bo wiedziałam, że musiałabym skorzystać z propozycji noclegu, a spanie u obcej osoby trochę mnie przerażało, a poza tym czekałaby mnie ok. 3,5h podróż transportem publicznym. Postanowiłam jednak zaryzykować i do dziś dziękuję sobie za tę decyzję. Przede wszystkim dlatego, że to był mój ostatni udział w parkrun w Australii, a poza tym ten wyjazd przeobraził się w kolejne spotkanie z australijską przyrodą.
Alison okazała się przemiłą osobą, która nie dość, że odebrała mnie z dworca i poczęstowała herbatą z mlekiem (tak się ją w Australii pije), to jeszcze podarowała mi miód z własnej pasieki i zapraszała na swoją farmę. Porozmawiałyśmy o życiu w Australii, o różnych lokalizacjach parkrun, które musimy razem odwiedzić, a nawet opowiedziałam jej trochę o Polsce, pokazując na mapie gdzie mamy morze, a gdzie góry.
Następnego dnia ruszyłyśmy do The Beaches parkrun, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Po pierwsze, trasa w tej lokalizacji prowadzi całkowicie po plaży, co już samo w sobie jest super. A po drugie, tego dnia rano była idealna pogoda, co tylko spotęgowało moje pozytywne odczucia. Miałam też świadomość, że to prawdopodobnie ostatnia szansa na udział w parkrun przed zawieszeniem spotkań w Australii, tak jak to miało miejsce m.in. w Polsce.
Po biegu poszłyśmy z Alison na śniadanie i kawę, które zjadłyśmy z przepięknym widokiem na ocean. Tak, nie mogłam sobie wymarzyć lepszego zakończenia mojej parkrunowej przygody w Australii. Później przeszłyśmy się kawałek szlakiem z widokiem na plażę i na miasto, ale zerwał się tak silny wiatr, że ledwo mogłyśmy ustać w miejscu. Na początku szlaku znalazłam nawet polski akcent – tablicę upamiętniającą polskiego geologa i odkrywcę, Pawła Edmunda Strzeleckiego.
Na koniec skróconego zwiedzania Newcastle Alison zabrała mnie do pobliskiego rezerwatu, w którym znajdował się park z różnymi australijskimi zwierzętami. Były kangury, wombaty, emu, a nawet koale! Byłam w siódmym niebie, bo kompletnie nie nastawiałam się na taką atrakcję. Trochę szczęścia i pozytywnych myśli w samym środku ostatnich nieciekawych dni.
Ale oczywiście ta sobota nie była tak różowa. Rano, jeszcze przed parkrun, włączyłam Internet, skąd dowiedziałam się o zamknięciu granic w Polsce. To tylko utwierdziło mnie w decyzji, że nie wracam do Polski na święta, którą podjęłam dzień wcześniej. Nawet jakbym chciała lecieć, to nie miałam jak.
Rozpoczęłam więc długi proces zmiany swoich dotychczasowych planów. Musiałam przeliczyć swoje oszczędności, dowiedzieć się, czy przysługuje mi zwrot za niewykorzystane bilety lotnicze i pomyśleć jak długo planuję w takim razie zostać w Australii. Wiedziałam, że nie chcę i nie mogę zostać do końca ważności wizy, czyli do połowy września, dlatego wstępnie nastawiłam się na powrót w czerwcu/lipcu. Miałam nadzieję, że do tego czasu sytuacja na świecie choć trochę się ustabilizuje.
W niedzielę od rana odświeżałam stronę z wiadomościami, bo premier Australii miał ogłosić, czy szkoły zostaną zamknięte, czy nie. Byłam pewna, że Australia pójdzie śladem innych państw, ale okazało się, że byłam w błędzie. Szkoły nadal pozostały otwarte, a ja wciąż miałam pracę. Popołudnie wykorzystałam na spotkanie ze znajomymi, dzięki czemu miałam okazję – choć nieświadomie, że to ostatni raz – popłynąć promem do Rose Bay, czyli miejsca, gdzie spędziłam swoje pierwsze dni w Australii. Wspominałam jak targałam za sobą ciężką walizkę, w której zepsuło się jedno kółko, przez co wydawała z siebie zawstydzające piszczące odgłosy. Przypomniałam sobie swoje pierwsze śniadanie, kiedy wszystko miałam przed sobą. Pierwszy spacer. Pierwsze zakupy. I pierwszy deszcz, który padał praktycznie nieprzerwanie przez 2 kolejne dni i już w pierwszym tygodniu wystawił mnie na próbę 😛 Wracając ze spotkania, zahaczyłam jeszcze o Hyde Park, który ma dla mnie symboliczne znaczenie, bo to właśnie tam po raz pierwszy zakiełkowała myśl o wyjeździe do Australii na dłużej. Nieoczekiwanie ten wieczór przeobraził się w podróż w przeszłość do początków tego, co zaraz miało się skończyć.
W kolejnym tygodniu wszystko przyspieszyło. Codziennie docierały do mnie jakieś informacje, które rzucały nowe światło na moją decyzję o pozostaniu w Australii. Australia, podobnie jak Polska, zamykała swoje granice. Qantas, czyli największa australijska linia lotnicza, zawieszała wszystkie loty międzynarodowe do końca maja. Zaczęłam zastanawiać się, czy w czerwcu/lipcu, kiedy planowałam powrót, będę w ogóle w stanie jakoś przedostać się do Polski…
Kolejną sobotę spędziłam w mieszkaniu, stosując się do zaleceń o izolacji. I powiem tak, po jednym dniu miałam już dosyć 😛 W mieszkaniu nie miałam telewizora ani wykupionego Netflixa, więc czas dłużył się niemiłosiernie. Czułam, że zbliżające się tygodnie, gdy zakończę już pracę w szkole, będą dla mnie prawdziwym wyzwaniem. I w tym momencie w mediach pojawiła się informacja, że w kolejny weekend będzie organizowany specjalny lot czarterowy z Sydney w ramach akcji LOT Do Domu. Tego się kompletnie nie spodziewałam! Wiedziałam, że LOT zbiera Polaków rozsianych po Europie czy Stanach, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że doleci aż do Australii! Miałam całą niedzielę na podjęcie decyzji, ale wiedziałam, że powrót do Polski jest jedynym słusznym wyjściem w tej sytuacji. Nawet jeśli bym została, to i tak moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej niż dotychczas. Musiałabym siedzieć w mieszkaniu i utrzymywać się ze swoich oszczędności. Praktycznie od razu znałam więc odpowiedź na pytanie, czy lecę, chociaż myśl o tak długiej podróży w zamkniętej przestrzeni wywoływała u mnie co najmniej drżenie rąk. Bałam się jeździć pociągiem, a co dopiero lecieć samolotem.

Ale nawet zakup biletów nie był prosty. Wieczorem przed snem odświeżałam stronę, na której miały pojawić się bilety, ale nie miałam pewności, że wrzucą je akurat tego dnia, więc spokojnie poszłam spać. Po czym o 3 nad ranem obudził mnie telefon od siostry z jedną informacją: kupuj bilety. Zalogowałam się do systemu, wybrałam odpowiednie połączenie, po czym wyświetlił mi się komunikat „brak dostępnych biletów”. Ale…jak to? Już wykupione? W nocy? Odświeżałam stronę przez kolejne kilkanaście minut, tracąc nadzieję z każdym kolejnym kliknięciem. Po raz kolejny miałam zmieniać swój plan, kiedy już byłam pewna, że wracam do domu?! Naprawdę byłam już na skraju wyczerpania. W środku nocy napisałam więc do LOT-u, czy naprawdę skończyły się bilety, zapytałam też na Facebookowej grupie, czy ktoś jest w podobnej sytuacji. Okazało się, że komunikat, który wyświetlał mi się na stronie, wynika z błędu technicznego i że trzeba próbować aż do skutku. W końcu po ok. 30 min., które trwały jak wieczność, kiedy odświeżałam stronę ja, moja siostra i rodzice, udało się kupić bilet. Leciałam do Polski!
To nie był koniec stresów i przykrych sytuacji, ale już pominę szczegóły. Ostatni tydzień niestety do wesołych nie należał. Musiałam na nowo przeorganizować swoje życie, znaleźć mieszkanie w Polsce do odbycia obowiązkowej kwarantanny, zainteresować się tematem ubezpieczenia, zastanowić się co z pracą. Ale zdarzyły się też dobre chwile i to te momenty chcę zapamiętać. W pracy zrobili mi takie pożegnanie, że cały dzień płakałam 😛 Raz że musiałam się z nimi żegnać, a nie mogłam ich nawet przytulić, bo staraliśmy się trzymać zalecany 1,5m dystans. Dwa że wszyscy zawsze byli dla mnie tacy mili, życzliwi i cierpliwi, a dodatkowo tolerowali wszystkie moje błędy językowe. Fakt, często narzekałam na pracę i wyczekiwałam weekendu, ale to właśnie ci ludzie sprawili, że czułam się przez ostatnie miesiące mniej zagubiona. Pomagali, podwozili do mieszkania, kiedy padał deszcz albo było za gorąco na jazdę rowerem, albo po prostu uśmiechali się i pytali jak się mam. Niby tylko tyle, ale czasem aż tyle. Kerry, która przyjęła rolę mojej australijskiej mamy, w pewnym momencie zaproponowała nawet, żebym z nią zamieszkała (to było jeszcze zanim pojawiła się opcja powrotu do domu). I to właśnie ze względu na tych ludzi tak bardzo było mi żal żegnać się z moją dotychczasową pracą. Otrzymałam od nich tyle dobra, że zapamiętam to do końca mojego życia. A jakby tego było mało, w ramach prezentu pożegnalnego dostałam od nich bransoletkę z koalą i kangurem, a do tego kosz prezentowy z różnymi australijskimi przysmakami (w tym ciastkami TimTam i Vegemite, czyli ohydną pastą z drożdży). A kartki do dziś nie mogę czytać, bo za każdym razem, kiedy ją otwieram, nie mogę opanować łez 😛
Na drugą piękną rzecz, jaka mnie spotkała w ostatnim tygodniu, w ogóle nie liczyłam. Żaliłam się, że przez to, że wszystko tak szybko się działo, nie miałam okazji pożegnać się z poznanymi w Australii znajomymi ani nawet ostatni raz spojrzeć na Operę. Co prawda mogłam jechać do centrum pociągiem, ale unikałam skupisk ludzi, bo najgorsze, co mogłoby się jeszcze stać, to gdybym na krótko przed lotem dostała gorączki. Dlatego wiedziałam, że Operę mogę już jedynie oglądać na zdjęciach albo kamerce internetowej. I w tym momencie z pomocą przyszli moi współlokatorzy, którzy zaproponowali, żebyśmy pojechali do centrum autem. Dzięki temu mogłam pożegnać się z Operą, Harbour Bridge i Ogrodami Botanicznymi. To był największy prezent, jaki mogli mi w tamtym momencie zrobić, choć myślę, że nie zdają sobie z tego sprawy. Możliwość zobaczenia ostatni raz ukochanego widoku, który dotychczas miałam na wyciągnięcie ręki, a który niedługo miał być oddalony o tysiące kilometrów, była bezcenna.
I tak dobrnęliśmy do końca mojej opowieści. 6 miesięcy miało być dopiero półmetkiem mojej australijskiej przygody, a nie jej zakończeniem. I choć bardzo, bardzo nie chciałam jeszcze wyjeżdżać, to nie miałam wyboru. Siedząc w samolocie, którego koła odrywały się od pasa startowego, czułam, że część mnie zostaje w Australii. I podobnie jak przy poprzednich wizytach na drugiej półkuli, czułam, że to nie było moje ostatnie słowo.
Jeszcze wrócę. I dokończę to, co zaczęłam.





















































Leave a comment