Luty

Na początku roku przyjęłam założenie, że przez trzy kolejne miesiące, czyli od stycznia do marca, będę oszczędzać na kwietniowo-majowe podróże. Z perspektywy czasu widzę jednak, że nie do końca się tego założenia trzymałam. I dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że piszę te słowa, będąc już w Polsce 😛

Luty rozpoczął się ciekawie, bo w pierwszy weekend wybrałam się razem z grupą znajomych do Port Stephens, leżącego na północ od Sydney. Byłam nawet zdecydowana odpuścić parkrun, skoro wybieramy się poza miasto, ale coś mnie tknęło i przed wyjazdem sprawdziłam mapę lokalizacji. I co się okazało? Że jest jedna lokalizacja parkrun w Port Stephens, oddalona zaledwie o 2,5 km od naszego miejsca noclegowego. Tyle wygrać!!! 😀

Był 1 lutego, a już od rana panował niezły upał – przeczuwałam, że to będzie nieco inny luty od tego, do którego byłam przyzwyczajona. W ciągu dnia temperatura w Sydney miała dojść do 40-kilku stopni, więc tym bardziej cieszyłam się, że spędzamy weekend blisko oceanu. Po parkrun i wspólnym śniadaniu reszta ekipy udała się na sandboarding, czyli zjeżdżanie na desce z wydm, ale że ja już zaliczyłam tę atrakcję przy okazji mojego urodzinowego wyjazdu, to postanowiłam odłączyć się od grupy i po prostu pospacerować sobie wzdłuż plaży. I to był strzał w dziesiątkę! Szłam sobie przepiękną i szeroką plażą wzdłuż Anna Bay i było mi tak dobrze! Plaża ciągnęła się na kilka kilometrów i była prawdziwie australijska – w wodzie surferzy cierpliwie czekali na odpowiednie fale, tuż przy brzegu Australijczycy wypoczywali przy swoich samochodach z napędem na cztery koła, a parę metrów od plaży owe samochody sunęły po piasku niczym po autostradzie. Dodatkowo na plaży można było zobaczyć wielbłądy, ponieważ nieopodal były organizowane specjalne wycieczki dla turystów. Czy można chcieć czegoś więcej od sobotniego poranka?

Później pojechaliśmy na kolejną plażę przy Nelson Bay, gdzie wychodząc z wody skaleczyłam się w stopę i odtąd do końca dnia kuśtykałam. Ale nie przeszkodziło mi to, żeby znów odłączyć się od grupy i udać się na zachód słońca na wzgórze Mt Tomaree. Wolnym krokiem, starając się nie obciążać stopy, dotarłam na sam szczyt. I mimo że była to już moja druga wizyta w tym miejscu, to widoki ponownie zaparły mi dech. Spędziłam na górze jakiś czas, podziwiając zachód słońca, wybrzeże i ocean ciągnący się aż po horyzont i robiąc przy tym nieprzyzwoitą ilość zdjęć.

Nie spieszyło mi się z powrotem do reszty ekipy i naszego miejsca noclegowego, więc zamiast tego udałam się na plażę leżącą u stóp Mt Tomaree. Przespacerowałam się wzdłuż Shoal Bay, a potem przez centrum miasteczka, obserwując niebo zabarwione ostatnimi promieniami słońca. Było pięknie.

Na początku lutego moja mama ma urodziny i była to kolejna okazja do rodzinnego spotkania, którą przez wyjazd musiałam ominąć. Było mi z tego powodu źle, ale wpadłam na idealny pomysł – nie mogłam osobiście wręczyć mamie kwiatów, ale mogłam je zamówić z dostawą do domu! 😀 Wybrałam bukiet i konkretną godzinę dostawy w dniu jej urodzin, a potem pozostało już tylko czekać, co przez różnicę czasu było wyjątkowo upierdliwe. Cały dzień wyczekiwałam na jakiś znak, że kwiaty już dojechały. W końcu doczekałam się reakcji i zdjęcia, które na pewno poprawiło humor nie tylko mamie, ale również mi. Wszystkim, którzy chcą sprawić komuś w ten sposób przyjemność, a nie mogą zrobić tego osobiście, z całego serca polecam taką opcję!

Na drugi weekend lutego zapowiadano spore opady deszczu, które ostatecznie przeobraziły się w ogromną ulewę. Padało non stop od południa w sobotę przez całą niedzielę aż do wieczora. Jak później podawano, w Sydney spadło najwięcej deszczu od 10 lat. Doszło do tego, że leżąca nieopodal mojego mieszkania rzeka wylała i pozalewała okoliczne domy i ulice. Dostałam też wiadomość, że szkoła, w której pracowałam, została zamknięta ze względu na zalanie dróg dojazdowych, dzięki czemu niespodziewanie miałam długi weekend. Wieczorem mieszkańcy okolicznych dzielnic dostali powiadomienia SMS-em o możliwej ewakuacji. Panania, w której mieszkałam, leży nieco dalej od Georges River, ale i tak się stresowałam. Spakowałam nawet plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami, a później próbowałam zasnąć, co nie było takie łatwe. Zastanawiałam się co by było gdyby woda dostała się do naszego mieszkania – gdzie mielibyśmy uciekać? Co oprócz plecaka ze sobą zabrać? Tak, kolejny raz doświadczałam ekstremalnej pogody w Australii. Najpierw były pożary, potem powódź – bałam się co będzie następne (dziś już to wiem 😛 ). Następnego dnia obudziłam się z ulgą, że po pierwsze, przestało padać, a po drugie, podłoga w naszym mieszkaniu pozostała sucha. Korzystając z dodatkowego wolnego dnia, poszłam na spacer, żeby zobaczyć jak wygląda ścieżka rowerowa, po której codziennie pokonywałam drogę do pracy. No cóż, nie wyglądało to dobrze – wszędzie były ogromne kałuże albo gałęzie uniemożliwiające przejazd. Dodatkowo od połowy trasy zamiast ścieżki widziałam przed sobą rzekę, która przykryła nie tylko ścieżkę rowerową, ale również część ulicy. Wyglądało na to, że nieprędko wrócę do dojazdu do pracy rowerem. Jednak po dwóch dniach, kiedy powrót z pracy autobusem zajął mi 2h (a przypomnę, że miałam do pokonania tylko 7 km), postanowiłam za wszelką cenę wrócić do roweru. Ostatecznie udało mi się znaleźć alternatywną trasę, żeby ominąć najgorsze błoto, i to w dodatku prowadzącą wzdłuż lotniska (nie głównego, tylko takiego ćwiczeniowego). Byłam uratowana!

W kolejny weekend wybrałam się do leżącego ok. 70 km na południe od Sydney Sandon Point. Wszystko za sprawą parkrun, ponieważ wystarczyło jedno zdjęcie z tej lokalizacji, żebym już planowała dojazd transportem publicznym (i żeby nie przeszkadzała mi pobudka o 5 rano). Dwie godziny podróży pociągiem (a właściwie czterema pociągami) bardzo dobrze spożytkowałam, bo oglądałam wschód słońca, jednocześnie rozmawiając z siostrą, która złapała się za głowę, kiedy obliczyła która była u mnie godzina 😀

Kiedy jednak w końcu dojechałam do Sandon Point, widok wynagrodził mi wczesną pobudkę i długi dojazd na miejsce. Był spektakularny! Szeroka plaża, fale i wybrzeże ciągnące się aż po horyzont, niknące w mgiełce oceanu. Po biegu usiadłam na chwilę, chłonąc atmosferę tego miejsca. A atmosfera była zupełnie inna od tej wielkomiejskiej z Sydney. Ludzie byli bardziej uśmiechnięci i wyluzowani, skupieni jedynie na złapaniu na desce dobrej fali lub wypiciu kawy w pobliskiej kawiarni. Było pięknie ❤

Niestety czas gonił, więc pożegnałam się z Sandon Point i udałam się w dalszą drogę. Teraz tego trochę żałuję, bo Sandon Point było zdecydowanie najlepszym punktem tego dnia, ale wtedy tego nie wiedziałam. Teraz inaczej zaplanowałabym ten dzień – usiadła w knajpce z widokiem na ocean, wypiła kawę flat white i cieszyła się tą sielską atmosferą. Zamiast tego jednak pojechałam dalej, w okolice Sea Cliff Bridge, czyli malowniczej trasy, wijącej się wzdłuż wybrzeża. Słońce przypiekało, szumiał ocean, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać. Właśnie dla takich chwil przyjechałam do Sydney 🙂

Kolejną atrakcją była plaża przy punkcie widokowym Stanwell Park. Niestety do tego czasu niebo zdążyło się mocno zachmurzyć, więc nie było tak spektakularnego widoku. Ale i tak fajnie było zanurzyć stopy w wodzie i przespacerować się po plaży. Na sam punkt widokowy niestety – po raz drugi – nie udało mi się wejść, bo prowadziła do niego dość ruchliwa ulica bez żadnego chodnika. Nie chciałam ryzykować, więc odpuściłam sobie tę atrakcję. Zamiast tego skierowałam się na pobliską stację kolejową, gdzie przesiedziałam 40 minut w oczekiwaniu na pociąg, słuchając parkrunowego podcastu. Tak, jak już zapewne zdążyliście zauważyć, jestem parkrun freakiem 😀  

Kolejnego dnia czekała mnie inna atrakcja. Zanim to jednak nastąpiło, postanowiłam zrelaksować się na ogródku. Zjadłam śniadanie, wstawiłam chleb do piekarnika i wsłuchiwałam się w skrzeczenie papug. Było jeszcze dość wcześnie, więc po prostu wsłuchiwałam się w świat budzący się do życia. To był idealny poranek, a teraz kiedy zamykam oczy, widzę niebieskie niebo poprzecinane smugami z samolotów i słyszę trzepot skrzydeł papug.

W końcu jednak nadszedł czas, żeby ruszyć do centrum, a właściwie do Sydney Olympic Park. A cóż tam się takiego działo, zapytacie? Otóż miał tam miejsce ogromny koncert Fire Fight Australia grany dla 75 tys. ludzi na stadionie i ponad miliona osób przed telewizorami. Głównym celem tego koncertu było zebranie środków na wsparcie jednostek straży pożarnej i społeczności, które ucierpiały w pożarach szalejących od kilku miesięcy w całej Australii. Nie mogłam przejść obok takiej okazji obojętnie, dlatego kupiłam bilet i byłam gotowa na zapoznanie się z przeglądem australijskiej muzyki. Zapoznając się z listą wykonawców, stwierdziłam, że znam tylko pięciu z nich, ale w momencie, gdy dojrzałam na liście Queen, wiedziałam, że to będzie jeden z tych dni, które zapamiętam do końca swojego życia.

Koncert trwał ponad 9h, od wczesnego popołudnia do wieczora. Śmiesznie było obserwować Australijczyków, śpiewających razem z wykonawcami słowa znanych im piosenek, kiedy ja słyszałam je po raz pierwszy w życiu. W końcu jednak i ja miałam taką możliwość, kiedy na scenie pojawił się Ronan Keating czy 5 Seconds of Summer. Najbardziej jednak czekałam oczywiście na Queen z Adamem Lambertem w roli wokalisty. I to był najlepszy koncert tego dnia, który po prostu wbił mnie w fotel (gdybym na nim siedziała, a nie tańczyła razem dziesiątkami tysięcy innych osób)! To było po prostu coś niesamowitego! Tupanie i klaskanie do „We will rock you” czy świecenie latarką w telefonie przy „Bohemian Rhapsody” z pewnością na długo zapadnie mi w pamięć. Nieoczekiwanie jedno z moich małych, wielkich marzeń zostało spełnione ❤

Jak luty, to również Tłusty Czwartek. Po fiasku z rogalami świętomarcińskimi zależało mi, żeby tym razem móc obchodzić kolejne święto i zdobyć gdzieś pączki. Szczęśliwie polski sklep mieszczący się zaledwie dwie stacje od Pananii ogłosił, że zbiera zamówienia, więc tym samym stałam się szczęśliwą posiadaczką 6-paka pączków: z lukrem, cukrem pudrem i marakują. Pączki na obczyźnie smakują jeszcze lepiej!

Kolejny weekend również do spokojnych nie należał. Decyzję o weekendowym wyjeździe pod namiot podjęliśmy ze współlokatorami dość spontanicznie, więc mieliśmy niewiele czasu na zarezerwowanie miejsca na polu namiotowym i zorganizowanie całego sprzętu. Ostatecznie udało mi się kupić namiot z materacem za 19 dolarów (taniocha!) i znaleźć dostępne miejsce na nocleg. A jechaliśmy do Jervis Bay, które od dawna widniało na mojej liście rzeczy do zobaczenia w Australii. Cieszyłam się jak dziecko, bo wiedziałam, że to miejsce słynie z bliskich spotkań z kangurami, oposami i innymi przedstawicielami australijskiej fauny.   

Na miejsce dojechaliśmy wczesnym popołudniem i już po drodze mijaliśmy znaki ostrzegające przed kangurami. Zameldowaliśmy się na polu namiotowym, po czym nie tracąc czasu od razu ruszyliśmy na zwiedzanie. Na początek odwiedziliśmy Hyams Beach, która jest uważana za plażę z najbielszym piaskiem na świecie, która często jest określana jako ,,australijskie Malediwy”. Nam ciężko było to ocenić ze względu na spore zachmurzenie. Widzieliśmy za to czystą, turkusową wodę i ciekawe formacje skalne na krótkim szlaku ciągnącym się wzdłuż wybrzeża. Zaciekawiły nas też charakterystyczne wzory na niektórych drzewach eukaliptusowych, narysowane – jak później wyczytałam – przez określony gatunek insektów. Kiedy spacerowaliśmy po plaży, zaczepiła nas starsza Australijka, wskazując czarny kształt leżący u naszych stóp. Okazało się, że coś, co wzięliśmy za glony wyrzucone przez ocean, było tak naprawdę miejscem do składania jaj rekinów! Miałam wrażenie, że jednego dnia dowiaduję się więcej o przyrodzie Australii niż przez ostatnie 5 miesięcy 😀

Tuż przed zachodem słońca pojechaliśmy jeszcze na Cave Beach, leżącą w samym środku Booderee National Park (wstęp do parku kosztował 12 AUD za samochód). Przeszliśmy się kawałek brzegiem, po czym moi współlokatorzy poszli się kąpać, a ja usiadłam na skałkach i wpatrywałam się w ocean. Zawsze intryguje mnie ta przestrzeń. Jest coś magicznego w świadomości, że kilka tysięcy kilometrów dalej leży Nowa Zelandia, a potem długo, długo nic…

Do samochodu wracaliśmy przez pobliskie pole namiotowe, gdzie po raz pierwszy podczas tego wyjazdu zobaczyłam kangury na wolności. Byłam w siódmym niebie! Obfotografowałam je z każdej strony, starając się nie podchodzić za blisko – bo kto wie jak zareagują? Śmiać mi się chciało, kiedy widziałam innych turystów zachwyconych obecnością kangurów, oraz Australijczyków, spokojnie siedzących na swoich krzesełkach kempingowych, zupełnie obojętnych na skaczące dookoła nich kangury.

Tysiąc pięćset zdjęć i dwieście filmów później wróciliśmy do auta i pojechaliśmy na nasze pole namiotowe. Trzeba było w końcu zapoznać się z „naszymi” kangurami! Rozstawienie namiotów poszło nam nadzwyczaj szybko, a kiedy zobaczyłam efekt końcowy – namiot, nadmuchany materac i kołdrę zamiast śpiwora – stwierdziłam, że tak to ja mogę kempingować 😀

W drodze do kuchni spotkaliśmy pierwsze kangury, a kolejne odprowadzały nas w drodze do łazienki. Było ich całe mnóstwo! Małe, duże, jedne bardziej oswojone, inne bardziej strachliwe. Do tego doszły przebiegające przez drogę oposy z charakterystycznymi, wyłupiastymi oczami i stwierdziłam, że jestem w siódmym niebie. Co tam nocleg w hotelu – to właśnie tutaj mogłam zasmakować prawdziwej Australii!

Gdyby tego było mało, pole namiotowe leżało tuż przy jeziorze, którego spokojną taflę mogliśmy podziwiać przy okazji wieczornego spaceru. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Kiedy nastała noc, a ja spojrzałam w niebo, aż zaparło mi dech. Takiego zagęszczenia gwiazd na niebie dawno nie widziałam! Jest coś pięknego w tym, że niebo na półkuli południowej wygląda zupełnie inaczej niż na północnej. My mamy swoją Gwiazdę Polarną, podczas gdy Australijczycy mają Krzyż Południa. Do tego dochodzą zupełnie inne konstelacje gwiazd na niebie południowym, między innymi gwiazdozbiór Centaura czy Skorpiona. Wpatrując się w rozgwieżdżone niebo i słysząc szelest przemykających kangurów, zastanawiałam się, jak to się stało, że wybrałam się na kemping dopiero po 5 miesiącach pobytu w Australii. To było dla mnie tak niesamowite doświadczenie!

Położyłam się w swoim namiocie, ale długo nie mogłam zasnąć. Wsłuchiwałam się w odgłosy okolicznego buszu, zastanawiając się czy to coś, co właśnie przemyka obok mojego namiotu to opos, kangur czy coś jeszcze innego…

Następnego dnia obudziłam się wcześnie i nie tracąc cennego czasu, ruszyłam na poranny spacer. Tak jak myślałam, już po chwili dołączyły do mnie kangury, zaciekawione kto towarzyszy im od samego poranka. Kicały zaraz obok mnie, inne spoglądały z daleka, a jeden z nich nawet dał się pogłaskać. Byłam w swoim żywiole 😀 Następnie poszłam nad jezioro, usiadłam na jego brzegu i wsłuchiwałam się w świat budzący się do życia. To był po prostu poranek idealny.

Po szybkim śniadaniu i pożegnaniu się z kempingowymi kangurami ruszyliśmy na zwiedzanie kolejnych miejsc w Jervis Bay, chociaż wiedziałam, że już nic nie jest w stanie przebić spotkania z kangurami. Ponownie pojechaliśmy do Booderee National Park, gdzie zrobiliśmy kilka krótkich szlaków, mijając drzewa spalone w pożarach, które trawiły ten teren zaledwie kilka tygodni wcześniej. Była końcówka australijskiego lata, a dopiero teraz można było z niego tak naprawdę skorzystać i wyjechać poza miasto. Widok czarnych od sadzy drzew był przerażający. Z drugiej strony natomiast mogliśmy podziwiać turkusowy kolor wody, biały piasek na plaży i ciekawe formacje skalne. A na koniec naszej wycieczki mieliśmy bliskie spotkanie z kolorowymi papugami i kukaburą, której śpiew bardziej przypomina odgłosy wydawane przez małpy niż ptaki 🙂 Nieoczekiwanie spontaniczny, weekendowy wyjazd zamienił się w prawdziwą wycieczkę wgłąb australijskiej przyrody.

Jako że była już końcówka lata, a wiedziałam, że ominę znaczną część australijskiej jesieni ze względu na lot do Polski na Wielkanoc, chciałam wykorzystać ten czas, jak tylko mogłam. Na mojej liście rzeczy do zrobienia w Sydney widniała pozycja „bieganie przy Operze”. Miałam to zrobić w pierwszym tygodniu mojego pobytu w Australii, ale ze względu na pogodę nie wyszło. Dlatego pewnego lutowego popołudnia wybrałam się do centrum i zrobiłam luźne 8 km, napawając się widokami na Operę, Ogrody Botaniczne, najstarszą dzielnicę Sydney – the Rocks oraz Harbour Bridge. Cieszyłam się, że udało mi się w końcu zrealizować ten pomysł, a byłam jeszcze bardziej zachwycona, gdy mogłam podziwiać panoramę Sydney w promieniach zachodzącego słońca.

Ostatni dzień lutego przypadał w sobotę, a jak wiadomo – jest sobota, jest parkrun 😀 Tym razem wybrałam się do Mosman, dzielnicy leżącej na północy Sydney. Wstałam o bardzo dziwnej porze, a w drodze na pociąg za jedynych towarzyszy miałam przelatujące nad głową nietoperze. Kiedy jednak dojechałam na miejsce, wschód słońca nad zatoką zdecydowanie zrekompensował wczesną pobudkę. A dodatkowo miałam możliwość spotkania się z Polką, mieszkającą w Sydney od 11 lat, z którą potem wybrałam się na po-parkrunowe śniadanie. Pogadałyśmy co nas sprowadziło do Australii, jakie mamy plany na najbliższe miesiące i gdzie jeszcze mogłybyśmy się umówić na wspólny parkrun. Z innymi uczestnikami parkrun natomiast rozmawiałam m.in. na temat prawidłowej wymowy Góry Kościuszki (najwyższego szczytu w Australii). Australijczycy wymawiają ją jak „kozjosko”, co mnie zawsze niezmiernie bawi 😀

Z kawiarni wyszłam z szerokim uśmiechem na ustach, bo to było idealne przedłużenie parkrunowego poranka, dzięki któremu choć przez chwilę poczułam się jak w domu. Jako że było dopiero wczesne przedpołudnie, a ja byłam oddalona od mieszkania o jakieś 40 km, postanowiłam odwiedzić plażę w Manly. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ale to była moja ostatnia wizyta w tym miejscu. Tym bardziej więc cieszę się, że spędziłam tam prawie cały dzień, chowając się w cieniu przed piekącym słońcem, czytając książkę i spacerując wzdłuż brzegu.

Tym samym dobrnęliśmy do końca lutego. Co działo się w marcu? Jak możecie się domyślać, działo się dużo. Ale o tym napiszę już w kolejnym poście!

Leave a comment

Blog at WordPress.com.

Up ↑

Design a site like this with WordPress.com
Get started