Australię opuściłam już jakiś czas temu, a ten tekst zaczął powstawać mniej więcej w drugim tygodniu mojego pobytu w Australii, więc stwierdziłam, że czas najwyższy go dokończyć i opublikować 🙂
Do Australii nie leciałam pierwszy raz, a i tak znalazły się rzeczy, które mnie zaskoczyły. Myślę, że wynikało to z tego, że nie przyjechałam do Australii jako turystka, a jako tymczasowy mieszkaniec tego kraju, więc miałam szansę odkryć różne oblicza zwykłego, codziennego życia.
- Zimno!
To było moje pierwsze zaskoczenie, które podziela praktycznie każdy turysta, którzy odwiedza Australię poza sezonem. No bo jak to, przecież wiadomo, że w Australii jest gorąco, a słońce świeci przez cały rok. Otóż jak się przekonałam na własnej skórze już w pierwszych dniach mojego pobytu, nie jest to do końca prawda. Jesienią i zimą pada deszcz, a nawet i śnieg, choć to raczej tylko w górach. Kiedy przyleciałam do Sydney we wrześniu, pierwsze o czym pomyślałam, to: jak dobrze, że wzięłam ze sobą kilka ciepłych swetrów! I tutaj nie chodzi nawet o temperaturę na zewnątrz, bo wiadomo, że wrzesień to końcówka australijskiej zimy i nie należy spodziewać się upałów. Chodzi o temperaturę WEWNĄTRZ. W mieszkaniach w Australii nie istnieje ogrzewanie (w ogóle!), można jedynie dogrzewać się grzejnikami. Wyobraźcie więc sobie, jak musi być zimno nad ranem, kiedy temperatura w nocy spada do 9 czy 10 stopni. W takich chwilach kołdra szczególnie nie chciała mnie wypuścić ze swoich objęć 😛
2. Autobusy
To jest dla mnie druga niewiadoma i do dziś nie wiem, jak ktoś, kto nie zna topografii Sydney, potrafi przemieszczać się autobusem. Otóż chodzi o to, że przystanki autobusowe nie mają nazw, chyba że nazwą jest „na rogu ulicy X i Y”. Jak więc taki biedny turysta ma wiedzieć gdzie wysiąść? Druga sprawa, że autobusy nie zatrzymują się na wszystkich przystankach. Za każdym razem kiedy chcemy wsiąść musimy pomachać kierowcy, a chcąc wysiąść, musimy nacisnąć przycisk „STOP”.
3. Uprzejmość
Kolejna sprawa również poniekąd dotyczy autobusów, bo tam to było najbardziej widoczne. A chodzi o uprzejmość ludzi. Praktycznie każda osoba przy wsiadaniu witała się z kierowcą, a wysiadając, dziękowała za dowiezienie na miejsce. I było to także możliwe w godzinach szczytu, w kilkumilionowym mieście, jakim jest Sydney. Za każdym razem mnie to zadziwiało i przywracało wiarę w ludzi 🙂
4. Ruch lewostronny
To, że w Australii jest ruch lewostronny, wiedziałam. Ale nie wiedziałam, że przyzwyczajenie się do niego zajmie mi tyle tygodni. I nie chodzi tylko o jeżdżenie autem czy chodzenie po lewej stronie, ale także spoglądanie we właściwym kierunku przy przechodzeniu przez jezdnię. Albo przewidywanie którym pasem będą jechać skręcające na skrzyżowaniu auta. Albo zastanawianie się po której stronie drogi muszę stanąć na przystanku, żeby pojechać we właściwym kierunku. Generalnie przez wiele tygodni sobie nie ufałam, a przechodzenie przez jezdnię zajmowało mi trochę więcej czasu niż zwykle 😛
5. Adresy
To było dla mnie chyba największe zaskoczenie, bo nigdy wcześniej o tym nie słyszałam. Otóż w Australii adres podaje się w odwrotnej kolejności niż u nas, w Polsce – na samym początku jest numer mieszkania, potem numer budynku, a na końcu ulica. I cóż w tym takiego zaskakującego, zapytacie? Takiego samego zdania był zapewne pewien staruszek aż do momentu, gdy pewnego dnia zapukałam do jego drzwi o 8 rano. Miał to nieszczęście, że mieszkał przy 2/10 King St, co ja odczytałam zgodnie z polską kolejnością podawania adresu, czyli budynek numer 2, mieszkanie numer 10 😛 Następnie dowiedziałam się, że trafiłam w złe miejsce, a także że czeka mnie 15 minutowy trucht pod właściwy adres. Od tamtej pory nie ufałam już aż tak Google Maps!
6. Imigranci
Okej, wiedziałam, że w Sydney jest dużo imigrantów – w końcu od nich zaczęła się najnowsza historia Australii. Nie spodziewałam się jednak, że jest ich AŻ tyle! Szczególnie rzucają się w oczy Azjaci, którzy mają nawet swoje dzielnice. Ale z drugiej strony, nic w tym dziwnego skoro kilkadziesiąt lat temu Australia sama zapraszała obcokrajowców do osiedlenia się na jej terenie. Teraz sytuacja wygląda nieco inaczej, co szczególnie da się odczuć na etapie zdobywania wizy. Australia przyjmuje głównie osoby zdrowe, młode, najlepiej z odpowiednim zawodem.
7. Kult samochodów
Australia to kraj dla osób zmotoryzowanych. I kropka. Ogromne odległości między miastami, ale i w tym samym mieście, powodują, że osoby bez auta są w mniej uprzywilejowanej sytuacji. Szczególnie, że w wielu miejscach nie ma nawet chodników, bo po co skoro Australijczycy wsiadają do swych aut, nawet gdy mają do pokonania 1km. Na pewno jest to spowodowane wysoką temperaturą latem, kiedy to klimatyzacja w aucie jest sporym udogodnieniem. Dlatego kiedy dojeżdżałam do pracy na rowerze, towarzyszyły mi zaciekawione spojrzenia. Australijczycy nie mogli zrozumieć, że można a) nie mieć samochodu i b) z własnej woli jeździć rowerem w upale.
8. Slang
To jest opowieść na osobny tekst. Tak, w Australii mówi się po angielsku, ale to jest jego australijska odmiana. I o ile wiedziałam o tym, kiedy leciałam do Australii, to nie spodziewałam się, że rzeczywiście wszystkich tych slangowych słów używa się na porządku dziennym. Słowa takie, jak Aussie (australijski), Tassie (tasmański), arvo (popołudnie), avo (awokado), veggie (warzywa), pav (chodnik), barbie (grill), woop woop (pustkowie), roo (kangur), brekky (śniadanie), Maccas (McDonalds) są wplatane w zdaniach, a Australijczycy często nie zdają sobie sprawy z tego, że właśnie mówią slangiem. Dopiero skonsternowany wzrok rozmówcy im o tym przypomina 😛
9. Zachód słońca
W Australii możemy zapomnieć o długich, letnich wieczorach, kiedy robi się ciemno dopiero po 22. Latem w Sydney słońce zachodzi max. o 20:30, zimą już ok. 17.
10. Liczba ludności
Taka ciekawostka – Australia jest kontynentem niewiele mniejszym od Europy, a liczba ludności w Australii nie dorównuje nawet tej w Polsce. W Australii żyje ok. 24 mln osób, a w Polsce 38 mln.
11. Komunikacja miejska
Komunikacja miejska w Sydney jest ogólnie droga, ale w niedzielę płaci się tylko 2,80 AUD za cały dzień i można jeździć do woli. Obejmuje to nie tylko pociągi, tramwaje i autobusy, ale także promy. To właśnie dlatego najczęściej na Manly wybierałam się w niedziele (za prom normalnie trzeba było zapłacić ok. 7 AUD w jedną stronę) 😀
12. Brak alkoholu w sklepach spożywczych
W sklepach spożywczych w Australii nie kupi się alkoholu. Można go kupić w specjalnych liquor stores (aus. bottle-o), które często mieszczą się tuż obok sklepów.
13. Magpies
Przed wyjazdem wszyscy mówili: uważaj na węże i pająki! Nikt jednak nie ostrzegał przed magpies, czyli australijskim odpowiednikiem srok. Te ptaki są szczególnie aktywne wiosną, kiedy to atakują niewinnych przechodniów czy rowerzystów. Ci bardziej pomysłowi podczas jazdy na rowerze ubierają specjalne kaski z wystającymi prętami, które mają ich uchronić przed krwiożerczymi magpies. Nie wierzycie – wygooglajcie 😉
14. Melbourne Cup
To było coś tak dziwnego, że nadal zastanawiam się, jak to możliwe, że wcześniej o tym nie słyszałam. Otóż co roku w pierwszy wtorek listopada w Melbourne odbywa się tzw. Melbourne Cup, czyli największy w Australii wyścig konny. W szkole, w której pracowałam, kilka dni wcześniej zorganizowano zakłady, w których ludzie za kilka dolarów obstawiali swojego konia. Niektórzy pracodawcy organizują w firmie specjalne strefy kibica, a nawet dają swoim pracownikom dzień wolnego. U nas w samym dniu wyścigu wszyscy byli bardzo podekscytowani, a na czas wyścigu zamarli i oglądali wyścig. A wiecie ile on trwał? 3 minuty.
15. Wózki sklepowe
To wciąż jest dla mnie zagadka. W samym centrum Sydney tego nie widać, ale wystarczy pojechać na przedmieścia, żeby na każdym kroku trafiać na porzucone wózki sklepowe. Zakładam, że ktoś po prostu jedzie do domu z wózkiem z zakupami, po czym nie odwozi go do sklepu, tylko zostawia gdzieś przy chodniku. Podobno wprowadzono karę za wyprowadzanie wózków poza teren parkingu przy supermarketach, ale nie jest ona zbyt skuteczna, skoro podczas krótkiego spaceru można natrafić nawet na kilka porzuconych wózków. W dzielnicy, w której mieszkałam, jeden był zatopiony w stawie w parku i nikt go nie wyciągnął przez pół roku, kiedy tam mieszkałam.
To tylko kilka rzeczy, które mnie zaskoczyły w Australii. Myślę, że gdybym pomieszkała w Sydney jeszcze dłużej, ta lista byłaby jeszcze bardziej obszerna. Liczę jednak, że jeszcze kiedyś będę miała okazję do obserwacji australijskiego życia codziennego 🙂
Leave a comment