Minął pierwszy miesiąc mojego pobytu w Australii (ba, niedługo stuknie już drugi!), więc czas najwyższy podsumować co się u mnie przez ten czas działo.
Praca
Pod koniec września rozpoczęłam pracę, którą udało mi się załatwić, kiedy byłam jeszcze w Polsce. Była to praca fizyczna, a dokładniej – sprzątanie. Nie było to nic ambitnego, ale od czegoś musiałam zacząć. Zależało mi na tym, żeby jak najszybciej zacząć zarabiać w tutejszej walucie i żeby nie utrzymywać się tylko z oszczędności z Polski. I mimo że sprzątanie okazało się bardzo ciężką pracą, której towarzyszyło zmęczenie, ból kręgosłupa, niewyspanie i zakwasy, to cieszyłam się, że ją mam. Przede wszystkim dała mi poczucie spokoju – nie musiałam już liczyć każdego dolara, nie miałam wyrzutów sumienia, robiąc zakupy, i wiedziałam, że jestem w stanie utrzymać się tutaj z wypłaty. Z drugiej strony jednak wiedziałam, że nie jest to moja docelowa praca. Po pierwsze, nie pracowałam na pełen etat, więc nie zarabiałam tyle, żeby móc odłożyć na podróże (a to jest główny cel tego wyjazdu). Po drugie, praktycznie nie miałam kontaktu z językiem angielskim, a na tym mi bardzo zależało. Czasem jakbym się postarała, mogłabym przez cały dzień nie wypowiedzieć ani słowa po angielsku. A po trzecie, nie dałabym rady fizycznie i psychicznie. Dlatego choć trochę nie wierzyłam w powodzenie moich poszukiwań, to wysyłałam CV na ogłoszenia pracy w biurze, na recepcji, w administracji, w księgowości… Musiałam raczej szukać pracy w zawodzie, bo wszędzie było wymagane przynajmniej dwuletnie doświadczenie, najlepiej zdobyte w Australii. Swoje aplikacje wysyłałam początkowo z domu, ale potem wykorzystywałam każdą wolną chwilę i CV wysyłałam, siedząc w pociągu czy stojąc na stacji – wszędzie, gdzie tylko miałam chwilę, żeby przejrzeć najnowsze oferty z danego dnia. Było to strasznie męczące i BARDZO frustrujące. Jednego dnia byłam pełna nadziei, żeby następnego wpaść w przygnębienie i poczucie rezygnacji. Denerwowały mnie obietnice, które potem nie znajdowały pokrycia w rzeczywistości. Kilka razy dzwoniły do mnie agencje pracy z ofertą, która jest super pilna, więc żebym ASAP (!) dała znać, czy jestem zainteresowana, po czym przez kolejne 2 tygodnie telefon, z którym odtąd się nie rozstawałam, uporczywie milczał. Czasami kończyła mi się cierpliwość i sama do nich dzwoniłam, ale ciągle dostawałam tę samą odpowiedź „tak, twoja aplikacja jest wysłana, czekamy na odpowiedź od klienta”. I tak czekaliśmy czasem kilka tygodni. Totalnym hitem była dla mnie oferta pracy na 2 tyg. (!) w biurze na dwie zmiany (!) – od 8 do 16 i od 16 do północy. Bardzo się dziwili, że nie chciałam jej przyjąć 😛 Czasami zdarzało się tak, że prosto ze sprzątania jechałam na rozmowę do agencji, było też na odwrót – prosto z wieżowca w samym centrum Sydney jechałam zamiatać podłogę 😛 Dostałam kilka naprawdę fajnych ofert, które niestety przeszły mi koło nosa (np. praca w Ministerstwie Sportu ). W końcu jednak udało mi się znaleźć pracę, a cały proces poszukiwań zajął ponad miesiąc. Pod koniec byłam w ciągłym kontakcie z dwoma agencjami, z czego w jednej moją aplikacją zajmowało się aż trzech konsultantów 😛 O mojej obecnej pracy w szkolnej administracji napiszę osobny post, kiedy skończy mi się kontrakt i będę mogła na spokojnie wszystko podsumować 🙂
Odkrywanie Sydney i okolic
Jak widzicie, był to ciężki okres, pełen frustracji, niepewności i zawiedzionych nadziei. I chociaż poszukiwania pracy zajmowały mi większą część wolnego czasu, to oczywiście nie tylko na tym skupiałam swoją uwagę. W końcu nie po to tutaj przyjechałam 🙂 Udało mi się odwiedzić kilka fajnych miejsc, czy to w tygodniu po pracy, czy przy okazji weekendowych wypraw. Oto one!
Centennial Park
W parku byłam kilka razy, bo urzekły mnie palmy i latające nad głową papugi. Jeśli tylko znajdowałam się w okolicy, zaglądałam choć na chwilę. W parku znajduje się mnóstwo ścieżek do biegania, więc wiedziałam, że prędzej, czy później potruchtam po okolicy. A że w tym miejscu odbywa się parkrun to tylko dodatkowa zaleta 🙂
Coogee to Bondi Walk
Mój zdecydowany faworyt, jeśli chodzi o trasy spacerowe w Sydney. Ok. 6-kilometrowy szlak prowadzi cały czas wzdłuż wybrzeża, więc piękne widoki na piaszczyste plaże i zapierające dech w piersiach klify gwarantowane. Trasa kończy się na najsłynniejszej plaży w Sydney, czyli Bondi, gdzie mieszają się ze sobą turyści, surferzy i ratownicy. To zdecydowanie jedna z tych atrakcji w Sydney, którą trzeba zobaczyć.
Manly
Już sama podróż promem na Manly jest atrakcją samą w sobie (po drodze prom mija Operę, mamy też idealny widok na Harbour Bridge), jednak to dopiero początek. Większość osób, opuszczając prom, kieruje się w stronę plaży (która trzeba przyznać jest niczego sobie 🙂 ), jednak warto zboczyć trochę z trasy i wybrać się na jedną z kilku tras spacerowych. Na razie dotarłam tylko do Fairfax Lookout, ale mam w planach jeszcze inne szlaki. I choć w punkcie widokowym straszliwie wiało, to widok panoramy miasta skutecznie ukoił moje frustracje związane z poszukiwaniem pracy.
Sydney by night
Sydney nocą wygląda bajecznie. Oświetlona Opera, migające światełka na Harbour Bridge, nocne życie w dzielnicy the Rocks – to trzeba zobaczyć. A wszystko to mamy w zasięgu wzroku, jeśli przejdziemy się mostem z północy na południe, czyli właśnie w kierunku centrum.
North Sydney
Skoro o północy już mowa, to moim absolutnym odkryciem było North Sydney. Spieszyłam się do pracy, a mimo to co chwilę zatrzymywałam się, żeby zrobić zdjęcie. Po drodze za każdym zakrętem wyłaniał się wspaniały widok na panoramę miasta po drugiej stronie zatoki. Mijałam niewielkie, ale klimatyczne parki, po raz pierwszy słyszałam też odgłosy ptaka o nazwie kukabura, który wydaje podobne dźwięki do małpy. Na swojej drodze spotkałam też kilka sporej wielkości jaszczurek.
Berry Island Reserve
To również miejsce mieszczące się w North Sydney, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem – ot, po zakończonej pracy sprawdziłam w GoogleMaps co ciekawego można zobaczyć w okolicy. Niewielki park i krótka trasa spacerowa, ale dała mi chwilę wytchnienia po całym tygodniu pracy.
Pyrmont i ANZAC Bridge
Jeden z domów, który sprzątałam, miał idealny widok na ANZAC Bridge (ANZAC to skrót od Australian and New Zealand Army Corps). Dodatkowo w Pyrmont znajduje się fajna trasa spacerowa, która prowadzi wzdłuż zatoki, dzięki czemu mamy cały czas ANZAC Bridge w zasięgu wzroku. Fajne miejsce praktycznie w samym centrum Sydney.
Watsons Bay
W Watsons Bay byłam dotychczas dwa razy. Pierwszy raz w pochmurny dzień wybrałam się na krótki szlak do latarni morskiej, a za drugim razem przeszłam się trasą spacerową z Rose Bay do Watsons Bay po spełnieniu obywatelskiego obowiązku – udziale w wyborach parlamentarnych. Zaskoczyło mnie, że to prawdziwa perełka wśród tras w Sydney, a nie jest szczególnie rozreklamowana. Zwieńczeniem był widok taplających się u podnóża klifu delfinów. Czego więcej można oczekiwać? 😛
Góry Błękitne
Góry Błękitne mieszczą się ok. 100km i 1,5h drogi od centrum Sydney. Na miejsce można dojechać nawet pociągiem, ale ja miałam okazję zabrać się autem z moimi współlokatorami. Nastawialiśmy się na przejście 5-kilometrowej trasy National Pass o średnim poziomie trudności, jednak kiedy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że do połowy grudnia szlak jest zamknięty. Musieliśmy zrewidować swoje plany i zamiast tego wybraliśmy się na Wentworth Falls Track. I nie żałowaliśmy! Trasa na początku prowadziła ostro w dół (swoją drogą Góry Błękitne to jedyne góry, w jakich byłam, gdzie najpierw schodzi się w dół, a potem wspina się w górę 😛 ) aż do wodospadu, do którego trzeba było przejść po sporej wielkości kamieniach (i w tym momencie żałowałam, że nie mam butów trekkingowych). Potem szlak prowadził przez las eukaliptusów (od nich zresztą pochodzi nazwa Gór Błękitnych – od unoszącej się lekkiej, niebieskawej poświaty olejków z eukaliptusów), by na końcu dobić nas stromym podejściem pod górę. Zakwasy utrzymywały się przez kilka dni 😛
Długi weekend
Długi weekend (na początku października Australijczycy obchodzili święto pracy) był bardzo aktywny. Pierwszy dzień spędziliśmy na trasie z Cowan do Brooklyn, która ciągnie się wzdłuż zatoki Jerusalem. Szlak mieści się ok. 50 km na północ od centrum Sydney. Nastawiałam się na przyjemny spacer, a skończyło się na 13-kilometrowej wspinaczce po górach. Jeśli dodać do tego poranny 9-kilometrowy bieg, to wyszedł z tego piękny półmaraton 😀 Plusem tej trasy było to, że na szlaku spotkaliśmy tylko jedną osobę (a wiadomo jak wyglądają wszystkie popularne miejsca w długie weekendy). Do Brooklyn dotarliśmy na kilka minut przed zapadnięciem zmroku. Z ulgą przyjęłam powrót do cywilizacji, bo nie chciałabym pokonywać tej trasy po ciemku 😛
Drugi dzień długiego weekendu spędziliśmy w oddalonej o 120 km na południe od Sydney miejscowości Kiama, w której mieszczą się słynne blowholes, czyli niewielkie dziury w skałach, z których wydobywa się woda wraz z większymi falami. Tutaj niestety było czuć, że jest środek długiego weekendu. Otaczał nas tłum turystów i mieszkańców okolicznych miast. Kiedy jednak kawałek się oddaliliśmy, idąc wzdłuż wybrzeża do drugiego, mniej popularnego, blowhole, tłum mocno się przerzedził, a pokaz możliwości drugiego blowhole oglądaliśmy już tylko z kilkoma innymi osobami.
Trzeci i ostatni dzień długiego weekendu miał być już spokojny, ale współlokatorka zaproponowała, żebym zabrała się z nią i z jej znajomymi z zajęć salsy na wyjazd do Bouddi Coastal Walk, który mieści się prawie 100 km na północ od Sydney. Z chęcią przystałam na propozycję, bo wyprawom poza miasto nie mówię nie 🙂 Szlak ciągnął się przez 8,5 km i prowadził zarówno przez busz, jak i plaże, więc dreptaliśmy przez bardzo zróżnicowany teren. Ekipa liczyła kilkanaście osób, a że było to międzynarodowe towarzystwo, to na trasie można było trochę porozmawiać i dowiedzieć się, jak wygląda życie w Sydney z perspektywy innych osób.
Był jeszcze wypad do Port Stephens, o którym pisałam przy okazji urodzinowego weekendu TUTAJ.
A jak ogólnie mi się żyje w Australii?
Dobrze. Choć początki były ciężkie, a pogoda nie sprzyjała, to teraz czuję, że już przyzwyczaiłam się do nowych realiów życia. Fakt, cały czas muszę korzystać z GoogleMaps w telefonie, żeby gdzieś dotrzeć, ale mam wrażenie, że kojarzę coraz więcej dzielnic Sydney. Poza tym nie czuję się już tak samotna, jak na początku. Poznałam kilka osób z Polski, z którymi utrzymuję kontakt i wybieram się na wspólne zwiedzanie, spacery czy po prostu pogaduchy przy kawie.
Jeśli chodzi o pogodę, to mam wrażenie, że Australijczycy udają przez te kilka miesięcy, że u nich nie ma jesieni i zimy i dlatego nie instalują u siebie ogrzewania. Po co, jak przez większą część roku jest ciepło? Tylko co zrobić w pozostałe miesiące? 😛 Kupić grzejnik i buty EMU (które u nas zakłada się do chodzenia po mieście, a w Australii są traktowane jak domowe kapcie). Na szczęście zabrałam z Polski cieplejszą kurtkę, która bardzo się przydawała w zimne poranki, kiedy było np. tylko 12 stopni. Z każdym dniem jednak robiło się coraz cieplej, więc z kurtki przerzuciłam się na sam sweter, a teraz już tylko krótki rękawek 🙂
Brakuje mi oczywiście kontaktu z rodziną. Niby piszemy do siebie codziennie (przy czym trzeba zaznaczyć, że wszyscy są jakimś dziwnym trafem najbardziej aktywni w mojej nocy 😛 ), a co któryś weekend umawiamy się na wideo-rozmowę, ale to nie to samo (tym bardziej, jeśli połączenie jest tak słabe, że co kilka minut przerywa i trzeba ponownie się łączyć). Mam poczucie, że nie biorę czynnego udziału w ich codziennym życiu. Mogę je tylko obserwować z daleka.
Jeśli chodzi o jedzenie, to najbardziej tęsknię za polskim chlebem – świeżym, pachnącym, z chrupiącą skórką. Tutaj niestety króluje chleb tostowy, który moim zdaniem nie powinien być nazywany chlebem. Co prawda da się znaleźć porządniejsze wypieki, ale niestety nie w mojej okolicy. Powoli przymierzam się do wypieku własnego chleba 😀
Wiele rzeczy mnie jeszcze zaskakuje i często dostrzegam różnice w stosunku do życia w Polsce. Staram się jakoś wpasować w australijskie realia, chociaż czasem mam wrażenie, że inni patrzą na mnie jak na wariatkę 😛 Przykład: tutaj w mieście prawie nikt nie jeździ na rowerze. Są jakieś ścieżki rowerowe, ale mało uczęszczane. A ja od kilku dni codziennie jedną z nich pokonuję rowerem, jadąc do pracy. Ja traktuję to jako idealne rozwiązanie (nie dość, że najszybsze i najtańsze, to jeszcze najzdrowsze), a w pracy wszystkim mnie szkoda, że muszę się tak męczyć 😛 Ale o tym wszystkim napiszę, kiedy będę podsumowywać moją pracę w szkole 🙂
I tak minął październik i mój pierwszy miesiąc w Australii. Co przyniesie listopad? Tego dowiemy się wkrótce! 🙂






















































































Leave a comment