Urodzinowy weekend

Co to był za weekend! Nawet nie wiem, od czego zacząć swoją opowieść 🙂

Swoje urodziny niespodziewanie zaczęłam świętować już w piątek, kiedy po powrocie z pracy dostałam od współlokatora list, a w nim była…kartka urodzinowa z Polski! Trzymając ją w ręku nie mogłam zrozumieć, jak ona tutaj trafiła – przecież nikomu nie podawałam swojego adresu! Powoli jednak zaczęłam łączyć fakty – adres dawałam przed wylotem rodzicom, więc przez siostrę łatwo go było uzyskać. To było takie miłe, bo kompletnie się tego nie spodziewałam! Dziękuję Anno – you made my day! ❤

Na sobotę zaplanowałam sobie wyjazd, bo wiedziałam, że będę sama (współlokatorzy wyjeżdżali na cały weekend), a tego chciałam uniknąć przed swoimi urodzinami. Wykupiłam więc zorganizowaną wycieczkę do Port Stephens, które mieści się ok. 200 km na północ od Sydney. W busie było kilkanaście osób różnej narodowości – Niemki, Hiszpanki, Francuzi, jedna Włoszka, Chińczycy (chyba) i my, dwie Polki. Najwięcej rozmawiałam z Eweliną, którą poznałam już kilka tygodni temu, kiedy dopiero co przyleciałam do Sydney, ale w trakcie wycieczki poznałam też Sarę, Włoszkę, która mieszka w Sydney od 6 lat, a w przyszłym roku planuje wrócić do Europy (ale nie do Włoch). Fajnie było pogadać trochę po angielsku i zobaczyć życie w Sydney z jej perspektywy 🙂

Po ok. 3h dojechaliśmy na miejsce, gdzie naszym oczom ukazał się zapierający dech widok – błękitne niebo, szeroka plaża, fale i wydmy. Już w tym momencie wiedziałam, że podjęłam dobrą decyzję, przyjeżdżając tutaj. Było cudnie!

Następnie mieliśmy do wyboru dwie opcje: mogliśmy przejechać się na grzbiecie wielbłąda albo wybrać sandsurfing, czyli zjeżdżanie na desce z wydm. Wybrałam tę drugą opcję, więc po opłaceniu 15 AUD wsiedliśmy do busa z ogromnymi kołami i ruszyliśmy w stronę wydm. Trzęsło nami niesamowicie, ale wszyscy mieli z tego niezłą radochę 😀 Na miejscu dostaliśmy okulary ochronne, deski i po krótkim instruktażu każdy mógł spróbować swoich sił. Najpierw niepewnie każdy zjeżdżał na siedząco, jednak już po kilku minutach pierwsi śmiałkowie starali się zjechać na stojąco. Niektórym udawało się od razu, innym nie. Ja byłam w tej drugiej grupie i choć próbowałam dwa razy, to za każdym razem lądowałam na swoich czterech literach. Postanowiłam więc wypróbować sprawdzoną, „siedzącą” metodę i bawiłam się przy tym jak dziecko! Już po kilku minutach byłam cała oblepiona piaskiem (krem z filtrem i piasek to niekoniecznie dobre połączenie 😛 ), ale nie przejmowałam się tym, tylko korzystałam, ile się dało. Kiedy znudziła nam się pierwsza wydma, wybrałyśmy się na dwa razy większą. Już samym wejściem tak się zmęczyłyśmy, że musiałyśmy odsapnąć. To się wydaje takie przyjemne, ale swoje trzeba nachodzić! Dwa razy zjechałyśmy i na tym zakończyłyśmy zabawę, bo nie miałyśmy już siły wchodzić z powrotem na górę. Po parzącym stopy piasku prędko wróciłyśmy do samochodu, który dowiózł nas bliżej plaży.

Kolejny punkt programu to plaża przy Shoal Bay. Tam nasz przewodnik wziął się za rozpalanie grilla i przygotowywanie naszego lunchu, a my w tym czasie mieliśmy czas wolny. Oczywiście spędziłyśmy go na plaży 😀 Słonko przygrzewało, chociaż na horyzoncie pojawiły się chmury. Sprawdziłam też temperaturę wody, ale jak dla mnie była zdecydowanie za zimna. Zresztą chyba nie tylko dla mnie, bo nie było zbyt wielu chętnych na pływanie.

Kiedy usiedliśmy do lunchu i pałaszowaliśmy kiełbaski, kurczaka i sałatki, zaczęło kropić. Mając nadzieję, że to tylko lekka mżawka, która zaraz przejdzie, uparcie siedzieliśmy przy stołach. Po chwili jednak te parę kropelek zamieniło się w solidny deszcz, więc uciekliśmy pod daszek i przeczekaliśmy tak kilka najgorszych minut. Później na szczęście pogoda się poprawiła, więc w ramach pocieszenia poszłyśmy na lody 😀 Po solidnej dawce cukru już całą grupą rozpoczęliśmy wspinaczkę na Mt Tomaree. Jeszcze kilka dni temu myślałam, że wszyscy tak mnie straszyli przed pająkami, wężami, rekinami i tym podobnymi stworzeniami, jednak jestem tu już 1,5 miesiąca, a nic takiego jeszcze nie widziałam. Sytuacja diametralnie się zmieniła, kiedy moim oczom ukazał się wijący się tuż przy ścieżce sporej wielkości, czarny wąż. Przez chwilę do mnie nie docierało na co patrzę, jednak w końcu oprzytomniałam – jestem w Australii, tu prawie wszystko chce cię zabić! Wąż jednak popełzł w zarośla, a ja obiecałam sobie uważniej patrzeć pod nogi. Do dziś nie wiem, czy to był jadowity wąż, ale chyba wolę żyć w niewiedzy 😛

Po ok. 20 minutach wspinaczki dotarliśmy na szczyt. Wiało niemiłosiernie, niebo przykryły chmury, więc nie było tak spektakularnego widoku i koloru wody, jak na zdjęciach w Internecie. Ale moim zdaniem i tak było pięknie. Mieliśmy widok zarówno na Shoal Bay, jak i na Morze Tasmana, które oddzielał od siebie wąski przesmyk. Nasz przewodnik mówił, że czasem można wypatrzeć z tego miejsca wieloryby albo delfiny, jednak mimo moich usilnych starań, nie dostrzegłam ani jednego.

Kiedy zaczęliśmy schodzić, pogoda coraz bardziej się poprawiała, a jak dotarliśmy na sam dół, niebo z powrotem było bezchmurne i błękitne. No cóż, nie dane nam było zobaczyć widoku z Mt Tomaree w jego najlepszym wydaniu 😛

Kolejnego dnia, w niedzielę, obudziłam się z jedną myślą – dziś są moje urodziny!!! Szybko sięgnęłam po telefon i tak, jak się spodziewałam, czekały tam już na mnie pierwsze życzenia. Z uśmiechem na twarzy otworzyłam szafę, sięgnęłam w najdalszy kąt i wyciągnęłam swój urodzinowy prezent. Zapewne jesteście ciekawi od kogo i dlaczego był schowany tak głęboko w szafie, więc już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż przed wylotem dostałam od mojej siostry paczuszkę z wyraźną instrukcją, żeby otworzyć ją dopiero 27 października. Zapytałam tylko, czy nie ma w niej produktów spożywczych i czy na pewno mogę ją przewieźć przez granicę, a gdy otrzymałam potwierdzenie, schowałam ją do walizki, a potem do szafy najgłębiej jak się da i prawie o niej zapomniałam. W końcu jednak nadszedł ten dzień, odpakowałam swój prezent, z którego wypadła kolorowa bluza w papugi, kartka z życzeniami oraz mniejsza paczuszka z notatką „24.12”. No tak, moja siostra we wrześniu (!) pomyślała nawet o prezencie na święta. Czy też uważacie, że mam najlepszą siostrę na świecie? 🙂

Ubrana w nową bluzę otworzyłam kartę z życzeniami i moim oczom ukazały się zdjęcia rodziców, siostry, szwagra i siostrzeńców. Prawie się popłakałam, a jak zobaczyłam przyklejoną świeczkę i dymek „ciocia, dmuchaj świeczkę” przy zdjęciu małej Madzi, już miałam konkretne łzy w oczach. Mimo prawie 16 tys. km, jakie nas obecnie dzielą, poczułam ogrom miłości i wsparcia od mojej rodziny. Niby tak daleko, a jednak tak blisko. Była dopiero 8 rano, a już wiedziałam, że to będzie dobry dzień 🙂

Jedząc śniadanie (mango ❤ ), uświadomiłam sobie, że zawsze chciałam mieć urodziny wiosną albo latem – wtedy, kiedy jest ciepło. I w tym roku moje życzenie się spełniło – niby październik, a ponad 20 stopni na termometrze 😀

Muszę przyznać, że od samego rana trochę się stresowałam. Dlaczego? Bo w końcu nadszedł ten dzień – dzień wspinaczki na sam szczyt Harbour Bridge! We wszystkich rankingach atrakcji turystycznych Sydney BridgeClimb plasuje się zawsze na pierwszym miejscu. Nie raz rozważałam zakup biletu, ale jak dotąd skutecznie odstraszała mnie cena (od 300 AUD). Jak to się stało, że jednak miałam w ręku bilet? Otóż był to prezent pożegnalny, który dostałam w pracy od najlepszego zespołu, z jakim miałam okazję pracować. Mieliście kiedyś tak, że otwierając prezent, mieliście wrażenie, że ktoś siedzi w waszej głowie i czyta wam w myślach? Ja tak miałam, kiedy zobaczyłam voucher na BridgeClimb. A kiedy odczytałam dedykację z poniższym cytatem, dosłownie walczyłam ze łzami wzruszenia.

„Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni całe życie czytają o dalekich lądach i śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i ruszają na spotkanie swoich marzeń”.

A więc wstałam z fotela i pojechałam na spotkanie z przygodą. Przed 11 dotarłam do BridgeClimb Center i odtąd nie mogłam przestać się uśmiechać – czy ja naprawdę to robię? 😛 Punktualnie o 11:05 powitała nas przemiła dziewczyna, która przeprowadziła nas po kolei przez wszystkie etapy przygotowań. Na początku każdy z naszej 8-osobowej grupy miał się przedstawić i powiedzieć, dlaczego zdecydował się na wejście na Harbour Bridge. Okazało się, że nie tylko ja świętowałam w ten sposób swoje urodziny – była też pani, która obchodziła swoje 60. urodziny, a także para Rosjan w podróży poślubnej. Następnie musieliśmy wypełnić kwestionariusze medyczne, a w trakcie zmierzono nam poziom alkoholu w wydychanym powietrzu. Jako że byłam szczera w kwestionariuszu i zaznaczyłam jedno z przeciwwskazań zdrowotnych, musiałam poczekać na panią, która odpowiada za kwestie bezpieczeństwa. Trochę się zestresowałam, że mnie nie przepuszczą, ale po krótkiej rozmowie dostałam swój kombinezon i mogłam w końcu udać się do przebieralni. Warto wspomnieć, że na BridgeClimb nie można zabrać praktycznie nic – aparatów, telefonów, zegarków, większych kolczyków itd. – a jedyną dopuszczalną rzeczą (oprócz kombinezonu) były okulary. Przechodziliśmy nawet przez bramki wykrywające metal, więc nie było mowy o przemyceniu czegokolwiek 😛 Przebrani w kombinezony zostaliśmy następnie zapięci w zabezpieczające pasy, po czym dostaliśmy słuchawki, czapkę i kurtkę i byliśmy gotowi do rozpoczęcia wspinaczki. Czy wspominałam już, że mam lekki lęk wysokości? 😛

W końcu opuściliśmy centrum i ruszyliśmy na 3,5h wspinaczkę po moście. Byłam tak podekscytowana, że nie mogłam przestać się uśmiechać. Myślałam o wszystkich osobach, dzięki którym miałam okazję spełniać swoje kolejne marzenie. I znowu – niby tak daleko, a jednak czułam dobre myśli płynące z Polski.

Początkowy etap był płaski, bo maszerowaliśmy pod mostem. Nasza przewodniczka opowiadała ciekawostki, a ja żałowałam, że nie mam notatnika, żeby je zapisać. Zaskoczyło mnie między innymi to, że Opera waży trzy razy tyle, co Harbour Bridge. Myślałam, że jest na odwrót! Dowiedziałam się też, że w trakcie budowy mostu zginęło „tylko” 16 robotników, z czego 2 zmarło z powodu upadku z wysokości. Wydawałoby się, że ta liczba będzie znacznie większa, biorąc pod uwagę, że w tamtym czasie nikt nie dbał o jakiekolwiek zabezpieczenia. Ciekawa była też informacja o tym, że BridgeClimb zostaje zawieszony na 1,5 dnia przed znanym na całym świecie pokazem fajerwerków, który możemy podziwiać w Sylwestra.

Kolejnym etapem wspinaczki były strome drabiny, na których najbardziej trzęsły mi się nogi. Na szczęście to był tylko krótki fragment i już po chwili znajdowaliśmy się na samym początku wygiętego w łuk przęsła. W trakcie powolnej wspinaczki mieliśmy sporo czasu na rozejrzenie się dookoła. Widziałam Operę, zatokę (w której podobno czasem pływają delfiny, a nawet rekiny!), plaże – Manly i Bondi, a nawet Góry Błękitne, oddalone od Sydney o ok. 100 km. Była idealna pogoda na wspinaczkę i oglądanie przepięknej panoramy Sydney!

Powoli wspinaliśmy się na sam szczyt, a gdy dotarliśmy do dwóch flag – australijskiej i stanu Nowa Południowa Walia – uświadomiłam sobie, że naprawdę to zrobiłam. Stałam na szczycie Harbour Bridge! Zamieniłam kilka słów z panią, która świętowała swoje 60. urodziny, co wydawało mi się takie irracjonalne – stałam na wysokości 134 metrów i ot tak gawędziłam sobie z panią o australijskich świętach 😀 Na samej górze była puszczana muzyka z 1998 roku, ponieważ to właśnie wtedy ruszył BridgeClimb, który w tym roku obchodzi 21 urodziny. Przechodząc kładką między przęsłami mostu śpiewałam razem ze Spice Girls i Celine Dion w piosence z „Titanica” 😀

Następnie rozpoczęliśmy powolne zejście w dół. I tutaj również było podobnie – najpierw (mimo wysokości) było przyjemnie, a im niżej, tym było gorzej ze względu na drabiny. Na szczęście cała i zdrowa (nie wiem, czy wspinaczka po moście Harbour Bridge była objęta przez moje ubezpieczenie 😛 ) dotarłam z powrotem do centrum, gdzie przebraliśmy się z kombinezonów i odebraliśmy certyfikat i grupowe zdjęcie, które było wliczone w cenę biletu. Indywidualne zdjęcia były niestety płatne, ale stwierdziłam, że raz się żyje, w końcu to pewnie jedyny raz, kiedy wejdę na Harbour Bridge. Gdy spojrzałam na cennik, drastycznie zmieniłam swoje zdanie 😛 Dziesięć zdjęć kosztowało 60 AUD (ok. 160 zł), a jedno wybrane – 25 AUD (ok. 70 zł). Znałam przynajmniej tysiąc lepszych sposobów na spożytkowanie tych pieniędzy, dlatego czym prędzej podziękowałam i odeszłam od kasy. Przed wyjściem z centrum obejrzałam jeszcze zdjęcia znanych osób, które również wspięły się na Harbour Bridge. Był tam Ryan Reynolds, Pierce Brosnan, Mel Gibson, książę Harry, Ben Stiller, Will Smith, Daniel Radcliffe i wiele, wiele innych.

Początkowy plan zakładał koniec atrakcji na ten dzień, miałam już tylko iść na jakiś dobry obiad (to byłby mój drugi raz w australijskiej restauracji w ciągu 6 tygodni 😀 ). Jakiś czas temu jednak usłyszałam, że w dniu urodzin wejście do Taronga ZOO w Sydney kosztuje symbolicznego dolara (zamiast 40 AUD). Przeczytałam warunki, w których było napisane, że ta promocja dotyczy tylko rezydentów Australii, jednak mimo to postanowiłam spróbować. Stwierdziłam, że najwyżej przepłynę się promem tam i z powrotem 😛 Jedyny problem polegał na tym, że miałam bardzo mało czasu – do zamknięcia ZOO zostało dokładnie 2,5h od momentu, kiedy zeszłam z mostu. Sprawnie przemieściłam się do Circular Quay, skąd odpływał prom, a potem na drugą stronę zatoki i już po 10 minutach rejsu szłam w stronę ZOO. W kasie nie było żadnych problemów, nawet dostałam plakietkę z napisem „It’s my birthday!”, więc spokojnie mogłam iść na spotkanie z koalami i kangurami – bo taki był główny cel tej wycieczki.

Australijskie zwierzęta były po drugiej stronie ZOO, więc musiałam kluczyć alejkami, co chwilę spoglądając na mapę, ale ostatecznie dotarłam. Były kangury i wallabie, które leniwie spoglądały na robiących im zdjęcia turystów. Widziałam też śpiące na drzewach koale, ale niestety tylko z daleka. Były też kazuary, emu i kangury drzewne, jednak stwierdziłam, że ZOO to nie to samo, co park, w którym wszystkie te zwierzęta można dotknąć. Zamierzam się do takiego parku niedługo wybrać, więc wtedy pomiziam koalę i nakarmię kangura. A póki co cel został osiągnięty – widziałam kangura, urodziny mogę uznać za kompletne 😀  

Po wizycie w ZOO poszłam jeszcze na lody (Dzień Dziecka w pełni!) i na krótki spacer po Ogrodach Botanicznych. Przechadzając się alejkami wśród palm nie wierzyłam, że mój nastrój mógł się zmienić tak diametralnie przez ostatnie 2 tygodnie. Od totalnego przygnębienia do kompletnego szczęścia. W tym momencie czułam się po prostu szczęśliwa. Na swoim miejscu.

Po powrocie do domu zrobiłam sobie na szybko kolację, bo o 21 (o 11 polskiego czasu) byłam umówiona na wideo-rozmowę z rodziną. W trakcie pałaszowania mojego wykwintnego dania (ekhem) zaskoczyli mnie współlokatorzy, którzy dopiero co wrócili z weekendowego wyjazdu, a mimo to zaśpiewali mi „sto lat” i wręczyli prezent – przewodnik po Nowej Zelandii! Oj, mam nadzieję, że niedługo skorzystam! Kiedy wybiła 21 zasiadłam w fotelu i licząc na dobrą jakość połączenia (niestety różnie z tym bywa), zadzwoniłam do rodziców. Po czym na ekranie ukazały się nie tylko ich twarze, ale również siostry, szwagra, siostrzeńca, siostrzenicy, a nawet babci i dziadka! To było takie miłe! Wszyscy zaśpiewali mi kolejne „sto lat”, po czym nadrobiliśmy ostatnie 3 tygodnie, kiedy to rozmawialiśmy ostatni raz.  

Tego dnia kładłam się spać, myśląc, że to były najlepsze urodziny w moim życiu i jednocześnie nie mam pojęcia, co lepszego mogłabym wymyślić na swoją 30tkę, którą będę obchodzić za rok. Nie wiedziałam jednak, że to jeszcze nie koniec świętowania. Kiedy w poniedziałek dotarłam do pracy, z samego rana dostałam tort zrobiony z babeczek obsypanych kolorową posypką, po czym zostałam zaproszona na środek pokoju i wszyscy odśpiewali mi gromkie „happy birthday”. Wiem, że pisałam to już tutaj przynajmniej pięć razy, ale TO BYŁO TAKIE MIŁE! Kompletnie się tego nie spodziewałam, biorąc pod uwagę, że pracuję tam dopiero tydzień. Cały dzień uśmiech nie znikał z mojej twarzy 🙂

Na koniec dnia zasiedliśmy ze współlokatorami do ciastek TimTam i imbirowego piwa Bundaberg, tym samym kończąc przedłużone świętowanie moich urodzin 🙂

Nie wiem, czym sobie zasłużyłam, że spotkało mnie w ten weekend tyle dobrego. Wiem jednak, że mam najlepszą rodzinę – rodziców, siostrę, siostrzeńców, dziadków (nawet szwagra 😀 ) – i znajomych na świecie. Te urodziny, których bardzo się obawiałam ze względu na to, że jestem tu sama i w dodatku tak daleko od domu, okazały się najlepszymi, jakie dotychczas miałam okazję obchodzić. Dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili ❤

Moja kolejna misja to zaplanować sobie święta tak, żeby nie tęsknić za domem. Obawiam się jednak, że to będzie znacznie trudniejsze zadanie. Mam jednak jeszcze dwa miesiące. Jakkowiek będzie – będzie dobrze 🙂

Leave a comment

Blog at WordPress.com.

Up ↑

Design a site like this with WordPress.com
Get started