Mój pierwszy dzień w Australii był idealny. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o kolejnych dniach. W nocy po pierwszym dniu w Sydney obudziłam się po godzinie snu, bo mój organizm był przekonany, że ucinamy sobie tylko popołudniową drzemkę. Próbowałam wszystkiego – liczyłam owce, barany, kangury, ale nic nie przynosiło skutku. Do 5 nad ranem pisałam więc z siostrą, aż w końcu udało mi się zasnąć. A następnego dnia obudziłam się o…11:30! Czułam wyrzuty sumienia, że tak marnotrawię czas, więc czym prędzej ubrałam się i wyruszyłam do miasta.
Tego dnia pogoda niestety diametralnie się zmieniła – z pięknego słońca i bezchmurnego nieba przeobraziła się w ciemne chmury i silny wiatr. Moje plany odwiedzenia plaży Bondi musiałam więc przełożyć na inny dzień. Żeby całkowicie nie spisać tego dnia na straty, postanowiłam załatwić przedostatni punkt na mojej liście „rzeczy do zrobienia po przylocie”, czyli założyłam konto w banku (ostatni punkt to znaleźć pracę 😀 ). Formalności trwały ze 20 minut, po których dzierżyłam już w ręku australijską kartę bankową. Jako że było jeszcze wczesne popołudnie, postanowiłam przejść z centrum do oddalonego o ok. 5 km Centennial Park. Rozpoczęłam swój spacer w centrum biznesowym Sydney (CBD = Central Business District), gdzie czułam się co najmniej dziwnie, chodząc w trampkach wśród samych marynarek, garniturów i żakietów.
Następnie dotarłam do Hyde Parku, z którym wiążą się początki mojego szalonego pomysłu wyjazdu do Australii na dłużej. Pamiętam, jak przechadzając się alejkami tego parku, pomyślałam, że w sumie mogłabym zamieszkać w Sydney. To było 4 lata temu i proszę, kto by wtedy pomyślał, że wcielę ten szalony pomysł w życie 😀
Gdy doszłam do Centennial Park, było mi już strasznie zimno, choć miałam na sobie ciepły sweter i kurtkę. Mimo to dalej spacerowałam alejkami parku, podziwiając palmy i przyglądając się papugom. Musiałam zrobić rozeznanie na tym terenie, bo wiedziałam, że odbywa się tu parkrun, a że spotkania rozpoczynają się o 7 rano, to chciałam sprawdzić, czy warto tak wcześnie wstać. Po krótkim spacerze doszłam do wniosku, że warto, choćby dla tych palm 😛
Zziębnięta, wróciłam do mojego wynajętego pokoju. Niestety, jako że w Australii nie ma w ogóle ogrzewania w domach (serio!), w pokoju również było zimno. Wskoczyłam więc pod ciepłą kołdrę i ogrzewałam się gorącą herbatą. Tak, nadal byłam w Australii 😀
Kolejna noc znowu była krótka, bo do drugiej nie mogłam zasnąć. Na domiar złego cały dzień lało. Przemoczyłam ubrania i buty numer 1. Zrobiłam zakupy, zaopatrzyłam się m.in. w paczkę najbardziej popularnych tutaj ciastek o nazwie TimTam (polecam!), a resztę dnia spędziłam w swoim pokoju.
W środę od rana znowu pakowałam swoją walizkę, bo tego dnia przenosiłam się do swojego docelowego mieszkania, które mieści się w dzielnicy o nazwie Panania. Cieszyłam się z kilku powodów. Po pierwsze, chciałam w końcu rozpakować swoją walizkę i spróbować „zadomowić się” w nowym miejscu. Po drugie, dotychczasowy pokój był dość przytłaczający – zimny, ciemny, nieprzytulny – więc z radością go opuściłam. A po trzecie, chciałam w końcu poznać moich nowych współlokatorów, z którymi będzie dane mi mieszkać przez następne kilka miesięcy 😀
Z wymeldowaniem z mojego pokoju czekałam do ostatniej chwili, bo tego dnia znowu padało. Widząc, że nie zanosi się na okno pogodowe, wyszłam na zewnątrz, przemaczając tym samym ubrania i buty numer 2. Byłam mokra, wkurzona, a ciężka i piszcząca walizka nie ułatwiała sprawy. Po podróży promem i pociągiem dotarłam w końcu do Pananii. Mając dokładny adres, dwa razy przeszłam właściwy dom, ale ostatecznie trafiłam. Po prostu nasze mieszkanie znajduje się na tyłach innego domu, dlatego miałam problem z jego znalezieniem.
Kluczem wyjętym ze skrzynki pocztowej otworzyłam drzwi i weszłam do czystego, przytulnego mieszkania, które wyglądało dokładnie tak, jak na zdjęciach. Odetchnęłam z ulgą, po czym zrobiłam to, o czym marzyłam od kilku dni – rozpakowałam walizkę i czym prędzej rzuciłam ją w kąt (no dobra, nie od razu, bo musiałam zostawić ją do wyschnięcia 😛 ). Czekając na powrót współlokatorów, powysyłałam parę CV i udekorowałam swój pokój zdjęciami, które mają mi pomagać w chwilach zwątpienia. Liczyłam też na to, że w końcu przestanie padać – musiałam w końcu zrobić jakieś zakupy na obiad! W końcu wstrzeliłam się w okno pogodowe, ale jak wracałam znowu zaczęło padać. Muszę przyznać, że nie była to najbardziej optymistyczna pogoda. Dopiero poznanie Agi i Błażeja, moich współlokatorów, poprawiło mi humor. Pogadaliśmy o życiu i pracy w Australii (oni mieszkają już tutaj od roku), o podróżach i o różnicach między Australią a Polską. Możecie pomyśleć, że wyjeżdżając do Australii, powinnam zamieszkać z Australijczykami, żeby lepiej poznać ich język, kulturę i zwyczaje, a nie z Polakami, ale ja już po pierwszym wieczorze wiedziałam, że mam szczęście. Aga i Błażej przywitali mnie tak, jakbyśmy znali się od dawna, a nie od paru godzin, a do tego na każdym kroku oferowali swoją pomoc. A do tego też prowadzą swojego fanpage’a o podróżach 😀
Kolejnego dnia obudził mnie telefon. Zastanawiając się, kto może dzwonić na australijski numer, odebrałam z zaspanym „Hello?”. Okazało się, że to agencja pracy, która otrzymała wysłane przeze mnie poprzedniego dnia CV. Wypytywali mnie o moje doświadczenie, poprzednie obowiązki, wymagania finansowe. Skończyło się na tym, że umówiliśmy się na wideo-rozmowę na popołudnie. Zdążyłam wstać i przejść do kuchni, a znowu rozdzwonił się telefon. Myśląc, że to ta sama agentka, ponownie odebrałam telefon. Okazało się jednak, że to druga agencja pracy, do której poprzedniego dnia również powędrowało moje CV. Zaskoczona tym natychmiastowym odzewem odpowiadałam praktycznie na te same pytania, które zadawała mi poprzednie agentka. I w tym przypadku również umówiłam się na rozmowę, ale tym razem w cztery oczy. Interview miał się odbyć następnego dnia, na 20. piętrze wieżowca w samym centrum CBD! Podekscytowana, cały poranek dopracowywałam swoje CV, zgodnie z zaleceniami rekrutera. Po południu wybrałam się na pierwsze większe zakupy, po których byłam trochę przybita cenami i wysokością rachunku do zapłaty 😛
Po południu tego dnia odbyłam pierwszą rozmowę kwalifikacyjną z agencją pracy. Jako że była ona prowadzona przez telefon, to niestety miałam spore problemy ze zrozumieniem niektórych pytań (czasem musiałam dwa razy prosić o powtórzenie!). Nie wiem, czy to kwestia połączenia, czy australijskiego akcentu. Na koniec agentka powiedziała, że w tej chwili niestety nic dla mnie nie ma, ale jak tylko pojawi się jakaś odpowiednia oferta, da mi znać. Żeby wyrzucić z siebie nadmiar emocji, poszłam na krótki spacer po okolicy i odkryłam fajne ścieżki do biegania, boisko do baseballa i krykieta oraz przepływającą w pobliżu rzekę. Po spacerze było mi trochę lepiej, ale nadal czułam się przytłoczona tym, że jestem tu sama, zdana tylko na siebie i przy takiej pogodzie nie wiem, co ze sobą zrobić. Wieczorem przy włączonym grzejniku (tak, mam grzejnik w pokoju! <3) i ciepłej herbacie wysyłałam kolejne CV.
Kolejnego dnia obudziłam się o 8:30, ale czułam, że mogłabym jeszcze dłuuugo spać. Stwierdziłam, że średnio mi idzie przyzwyczajanie się do nowej strefy czasowej – chyba najgorzej ze wszystkich dotychczasowych wyjazdów. Tego dnia pogoda była zdecydowanie lepsza, dlatego przed rozmową kwalifikacyjną z drugą agencją pracy przespacerowałam się dla rozluźnienia po Ogrodach Botanicznych. Widok palm mnie uspokaja 😛
Po krótkim spacerze, niepewna i lekko zestresowana, wjechałam na 20. piętro wieżowca. Rozmowa okazała się całkiem na luzie, a pytania dotyczyły głownie mojego doświadczenia i oczekiwań co do przyszłej pracy. Na zakończenie, podobnie jak przy pierwszej rozmowie, rekruter powiedział, że da mi znać, gdy otrzyma odpowiednią dla mnie ofertę pracy. Pozostało mi tylko czekać.
Jako że było wczesne popołudnie, postanowiłam odwiedzić jakieś dotychczas nieodkryte przeze mnie miejsce. Dotarłam do Observatory Hill, z którego rozpościera się wspaniała panorama na North Sydney oraz Harbour Bridge. Idealne miejsce, żeby odpocząć od zgiełku miasta.
Następnie swoje kroki skierowałam do Barangaroo Reserve. To nowo otwarty park, który ma do zaoferowania klimatyczną promenadę z widokiem na zatokę i Harbour Bridge. Od razu polubiłam ten park, a nawet zastanawiałam się, czy będzie to dobre miejsce na piknik i obserwowanie pokazu fajerwerków w Sylwestra 😀
W sobotę byłam na moim pierwszym australijskim spotkaniu parkrun, z czego relację możecie przeczytać TU. Dodam tylko, że rano obudziłam się przybita i samotna, a z biegu wróciłam w o wiele lepszym nastroju. Poznałam nowych ludzi, którzy byli bardzo zainteresowani tym, co robię w Australii, i poczułam się częścią nowej społeczności parkrun. Stwierdziłam, że co by się nie działo, swoje emocje zawsze mogę wybiegać na parkrun 🙂
Po południu pojechałam z Agą i Błażejem do polskiego klubu na sztukę pt. „Złodziej”, w której zagrali m.in. Cezary Żak, Leszek Lichota, Renata Dancewicz i Rafał Królikowski. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w teatrze, ale na tej sztuce uśmiałam się tak, jak nigdy w kinie! Śmiesznie było też oglądać aktorów, których dotychczas widziałam tylko w telewizji, na żywo i to w dodatku w Australii – na końcu świata 😛 Po wizycie w teatrze zastanawiałam się, skąd pomysł, żeby przyjechać z tą sztuką akurat do Australii. Czy to było przy okazji wakacji aktorów? Czy agencja artystyczna opłaciła przelot dla całej ekipy? Nie wiem tego do dziś, ale nadal mnie to fascynuje 😛
W niedzielę rano planowałam, jak spędzić dzień, ale nie mogłam podjąć decyzji – może Manly, a może Bondi Beach? Z pomocą przyszła Aga, która zaproponowała, żebyśmy wspólnie wybrali się do Palm Beach. Nigdy tam nie byłam, więc z radością przystałam na propozycję. Na miejsce dotarliśmy po 1,5h jazdy samochodem i zgodnie z nazwą przywitały nas palmy. Już mi się podobało 😀 Wybraliśmy się na krótki szlak, który prowadził na wzgórze z latarnią morską. A z góry roztaczał się przepiękny widok na zatokę, fale i długą, szeroką i pustą plażę. W pewnym momencie ktoś zaczął wskazywać palcem na wodę przed nami. A tam…delfiny! To właśnie w tym momencie, patrząc na kilka taplających się w wodzie delfinów, uzmysłowiłam sobie, że nie mam na co narzekać. Jestem w Australii, czyli tam, gdzie chciałam być, i właśnie dla takich widoków tutaj przyjechałam. Wiadomo, że początki są trudne, tym bardziej, jeśli wyjechałam sama (!) na drugi koniec świata (!!), gdzie jest 8h różnicy czasu w stosunku do Polski (!!!), a będzie jeszcze więcej (!!!!). Zaczęłam wierzyć, że wszystko powoli się jakoś poukłada.
I tak minął pierwszy tydzień 🙂 Na koniec jeszcze jedna rzecz. Nie piszę Wam tutaj o wszystkich moich rozterkach po to, żebyście się nade mną użalali i myśleli, jak mi tutaj samej jest źle. Po prostu czuję, że powinniście znać cały obraz sytuacji, a nie tylko najlepsze, wybrane zdjęcia z całego dnia, które wrzucam na Instagram. Jeśli zainspiruję kogoś do podobnego kroku, czyli wyjazdu w nieznane, będzie przygotowany na wszystko – i na wzloty, i na upadki. Tak niestety wygląda rzeczywistość, szczególnie na początku. Więc pamiętajcie – tutaj będzie opis bez ściemy, a na Instagramie – wyidealizowany świat 🙂
Ciąg dalszy nastąpi…


















































Leave a comment