Obudził mnie krzyk papug. Naprawdę! Otworzyłam oko, mając nadzieję, że jest już ranek, a nie środek nocy. Spojrzałam na zegarek: 8:30 – jest dobrze. Jet lag jeszcze nie daje o sobie znać.
Nie spieszyłam się ze wstaniem. Niby mózg mówił, że już jest wyspany (po 10h snu to w sumie niedziwne 😛 ), ale reszta ciała mówiła: jestem zmęczona, daj żyć. Niedziela jest.
No to poleżałam. A przy okazji, leżąc w łóżku, złożyłam wniosek o TFN (Tax File Number), czyli odpowiednik naszego polskiego NIP-u. Zajęło mi to jakieś 5 minut 😀 Warto zaznaczyć, że można taki wniosek złożyć dopiero, gdy jesteśmy na terenie Australii i trzeba wpisać australijski numer telefonu i australijski adres. Czyli trzeba obie te rzeczy mieć 🙂
Po 10 wreszcie udało mi się ogarnąć i wyjść z mieszkania. Ale jak wyszłam, tak po minucie wróciłam. Dlaczego? Otóż rano sprawdzałam pogodę i miało być tylko 18 stopni. Ubrana w długie spodnie, ciepły sweter i zaopatrzona w kurtkę schowaną w plecaku wyszłam na zewnątrz, gdzie przywitało mnie słońce i zdziwione spojrzenia ludzi w krótkim rękawku. Czym prędzej przebrałam się więc w lżejsze ubrania, nasmarowałam kremem z filtrem i zabrałam czapkę z daszkiem. Słońce w Australii to nie są żarty. Nie bez przyczyny w Australii i Nowej Zelandii odnotowuje się najwyższy wskaźnik zachorowań na raka skóry.
Nie byłam szczególnie głodna, bo mój żołądek jeszcze spał (w końcu dla niego był środek nocy), ale rozsądek podpowiadał, żeby mimo wszystko zjeść jakieś śniadanie. Postanowiłam uczcić mój pierwszy poranek na australijskiej ziemi, dlatego wybrałam się do pobliskiej knajpki, mieszczącej się tuż przy zatoce Rose Bay. Jako że była niedziela, w środku panował spory ruch, ale udało mi się znaleźć wolny stolik. Zamówiłam słynną australijską kawę flat white oraz jogurt z granolą i owocami i stwierdziłam, że tak to mogę rozpoczynać każdy dzień tutaj 😀
Później rozpoczęłam powolny 8-kilometrowy spacer od Rose Bay do najsłynniejszego punktu w Sydney, czyli Opery. Był środek września, czyli tak naprawdę początek wiosny na półkuli południowej, a było bardzo ciepło – świeciło słońce, a na niebie nie było widać żadnej chmury. Taką wiosnę to ja rozumiem 😀 Spacerując promenadą wzdłuż zatoki, uczyłam się chodzić po lewej stronie. Cały czas powtarzałam sobie w myślach „idź po lewej, idź po lewej” – i tak w sumie mam do dziś 😛 Robiłam też eksperymenty, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście wszyscy chodzą po lewej stronie. Szłam środkiem chodnika i patrzyłam z której strony wyminą mnie piesi. Muszę przyznać, że wszyscy byli zgodni i nawet pies wyminął mnie z (jego) lewej strony 😀
Po drodze minęłam niewielką plażę i park miejski, w którym sporo osób siedziało na kocach, urządzając sobie piknik czy czytając książkę. Tak zresztą Australijczycy lubią spędzać czas wolny – koniecznie na świeżym powietrzu. Następnie przeszłam przez dzielnicę Potts Point, w której mieszkałam, kiedy byłam w Sydney poprzednim razem. Sprawdziłam, czy hotel, w którym się zatrzymaliśmy, jeszcze stoi (potwierdzam) i czy knajpka, w której jedliśmy pierwsze śniadanie jest jeszcze otwarta (również potwierdzam). Wróciły wspomnienia pierwszych chwil spędzonych w Australii. Uczucie, że to wszystko to tylko sen, że przecież niemożliwe, żebym naprawdę była w Australii. Pamiętam to poczucie wdzięczności i wzruszenia oraz wiarę w to, że marzenia naprawdę się spełniają. Kto by wtedy pomyślał, że wrócę do Sydney i to w dodatku dwa razy (póki co 😛 )?
Powielając trasę z pierwszego pobytu w Sydney, dotarłam do punktu widokowego Mrs Macquarie’s Chair. Można w tym miejscu zrobić najpiękniejsze zdjęcie z widokiem na Operę i Harbour Bridge, czyli dwa najsłynniejsze punkty w Sydney. Jak się można domyślać, to bardzo popularne miejsce wśród turystów, ale jako że wrzesień to nie jest jeszcze sezon, wokół kręciła się tylko niewielka grupa Azjatów. Nigdzie mi się nie spieszyło, nie miałam żadnego konkretnego planu, dlatego usiadłam sobie na murku i po prostu patrzyłam. Mimo że widziałam Operę już trzy razy, za każdym razem wzruszam się tak samo. Po prostu czuję tak niewyobrażalną wdzięczność, że mam możliwość podróżowania do najodleglejszych zakątków świata i tym samym spełniania swoich (czasem nieco szalonych) marzeń. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy ma taką szansę, dlatego tym bardziej to doceniam. Pisałam już zresztą o tym zarówno przy okazji pierwszego wyjazdu do Australii (TUTAJ), jak i drugiego (TUTAJ).
Następnie przeszłam wzdłuż zatoki do Ogrodów Botanicznych. To jedno z moich ulubionych miejsc w Sydney (choć jest ich dużo, muszę to przyznać). Lubię miejsca, dzięki którym nawet będąc w centrum miasta, można choć przez chwilę poobcować z naturą. Klucząc alejkami Ogrodów, z jednej strony mijałam bujną roślinność (w tym moje ulubione palmy 😀 ), a z drugiej cały czas miałam w zasięgu wzroku wieżowce z centrum biznesowego Sydney.
Podczas tego powolnego spaceru trafiłam na ogłoszenie reklamujące spędzenie Sylwestra w Ogrodach Botanicznych. Zainteresowałam się tym tematem tym bardziej, że zobaczenie sztucznych ogni na żywo w Sydney to moje kolejne „małe” marzenie i mam nadzieję, że w tym roku w końcu uda mi się je spełnić. Dotychczas miałam taką tradycję, że przed godz. 14 czasu polskiego (czyli przed północą czasu australijskiego) zasiadałam przed komputerem i oglądałam transmisję live z Sylwestra pod Harbour Bridge. A w tym roku zobaczę to wszystko na własne oczy! 😀
Wychodząc z Ogrodów Botanicznych, moim oczom ukazała się Opera. Błyszczała w promieniach popołudniowego słońca, dzięki czemu widok robił jeszcze bardziej spektakularne wrażenie. Trzeba przyznać, że Opera z każdej strony wygląda inaczej, ale równie pięknie. Z punktu widokowego widać krzywiznę wszystkich „żagli”, a od strony szerokich schodów można zajrzeć do mieszczącej się w jej wnętrzu restauracji. Dla mnie to magiczne miejsce. To symbol spełniających się marzeń i tego, że wszystko jest możliwe. Chyba dlatego tak bardzo lubię tu wracać 🙂
Kiedy już zrobiłam nieprzyzwoitą ilość zdjęć Opery, udałam się w kierunku Harbour Bridge. Minęłam Circular Quay, która jest główną przystanią promową w Sydney, po czym przechodząc przez klimatyczną dzielnicę the Rocks, zaczęłam wspinać się po schodach na most. Niespiesznie pokonując kolejne metry Harbour Bridge, obserwowałam Operę z mojej prawej strony i podziwiałam śmiałków nade mną, którzy wdrapywali się na sam szczyt mostu. Tak, tak, można wejść na przęsło Harbour Bridge i obejrzeć z góry panoramę miasta 😀 Z racji tego, że jest to dość kosztowna atrakcja (cena wynosi od 300 AUD), nigdy z niej nie skorzystałam, choć parę razy już się nad tym zastanawiałam. Okazuje się jednak, że ktoś inny zadecydował w tej kwestii za mnie. Ale o tym wkrótce 😀
Słońce chyliło się ku zachodowi, więc stwierdziłam, że wypadałoby zjeść drugi tego dnia posiłek. Standardowo nie byłam głodna, więc kupiłam tylko panini na wynos, usiadłam na ławce po drugiej stronie mostu i znowu wpatrywałam się w Operę. Jak zapewne zdążyliście już zauważyć, mam lekkiego bzika na jej punkcie 😛
Promienie zachodzącego słońca przebijały się przez palmy, co tworzyło wspaniały spektakl. Słońce, palmy, Opera i nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba 😛 No może rodziny i znajomych, z którymi mogłabym razem dzielić radość z tych pięknych chwil. Ale jak to mówią – nie można mieć wszystkiego.
Kiedy już zapadł zmrok (dość wcześnie, bo ok. 18, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że to dopiero początek wiosny), udałam się w kierunku przystani, a następnie promem wróciłam do Rose Bay. I znowu mogłam podziwiać z pokładu panoramę Sydney nocą. Co tu dużo mówić – ten widok zawsze zapiera mi dech 🙂 I stwierdziłam, że Sydney to najładniejsze miasto, w jakim dotychczas byłam. Jest tu wszystko, czego potrzeba – piękne widoki, plaże, ocean, atrakcje turystyczne, a zaraz obok centrum finansowe. A do tego jest czyste i zadbane. Mam nadzieję, że nie zmienię swojego zdania po kilku miesiącach pobytu tutaj 😛
Do mieszkania dotarłam szczęśliwa, ale zmęczona. Licząc na spokojną noc, położyłam się spać o 23. O której zasnęłam? Czy walczyłam z jet lagiem? Tego dowiecie się w kolejnym wpisie 🙂
Ciąg dalszy nastąpi…





















































Leave a comment