Co prawda już po wyborach, znamy pierwsze sondażowe wyniki, ale mimo to chciałabym cofnąć się do wczorajszego, jeszcze pełnego nadziei dnia.
Na początek jednak może parę słów wprowadzenia. W wyborach biorę udział odkąd uzyskałam takie prawo, kończąc 18 lat. Kojarzę tylko jeden przypadek, kiedy nie mogłam zagłosować, a było to w 2010 roku, kiedy byłam na Krymie, gdzie okręgu wyborczego nie było. Mimo że teraz też jestem za granicą, nie wyobrażałam sobie, żebym nie wzięła udziału w wyborach. Wszystkiego o głosowaniu za granicą dowiedziałam się jeszcze będąc w Polsce, a pozycja „wybory” widniała na mojej liście „Rzeczy do zrobienia przed wylotem”.
Najpierw z niecierpliwością czekałam na oficjalne ogłoszenie daty wyborów, a kiedy już było wiadomo, że to 13 października, zakreśliłam tę datę w kalendarzu. Pozostało tylko dowiedzieć się, w jaki sposób można głosować za granicą, bo nigdy wcześniej tego nie robiłam. Wyczytałam, że min. na 3 tygodnie przed planowanymi wyborami zostaną ogłoszone okręgi wyborcze i wtedy też będzie można wpisać się na listę wyborców przebywających za granicą. Zastanawiałam się też w jakich godzinach będzie można głosować – czy będzie trzeba dostosować się do polskiej strefy czasowej, czyli głosowanie będzie odbywać się w godz. 7-21 plus 9h?
Prawie codziennie wchodziłam na stronę konsulatu (naprawdę jeszcze nigdy w życiu tak nie zaangażowałam się w wybory 😛 ) aż w końcu pojawiła się długo wyczekiwana informacja. Godziny głosowania na szczęście okazały się standardowe, czyli 7-21 australijskiego czasu. Sama rejestracja na wybory zajęła mi dosłownie 2 minuty. Wszystko odbyło się online poprzez wypełnienie odpowiedniego wniosku na stronie https://ewybory.msz.gov.pl/. Dostałam również potwierdzenie mailowe, że moje zgłoszenie zostało przyjęte. Pozostało tylko czekać na dzień wyborów.

Kiedy w końcu nadszedł ten dzień, wsiadłam do pociągu i ruszyłam w ponadgodzinną podróż do konsulatu. A kiedy wysiadłam na właściwej stacji, wiedziałam, że jestem w dobrym miejscu. Wszędzie było słychać język polski! Serce rosło, bo to pokazywało, że mimo że tyle nas, Polaków, przebywa – tymczasowo lub na stałe – za granicą, to jednak nam zależy. Chcemy oddać głos i tym samym wyrazić swoje zdanie.
Kiedy szłam ze stacji w kierunku konsulatu, zgadywałam, czy mijane przeze mnie osoby to Polacy wracający z wyborów. A pod samą bramą konsulatu już wszystko było jasne – wiadomo było, że wszyscy jesteśmy z Polski i wszyscy przyszliśmy tutaj w jednym celu. Jako że miałam kilkanaście minut do zagospodarowania, mogłam przyjrzeć się wszystkim osobom, które wchodziły i wychodziły z konsulatu. A było ich sporo! Byli i młodzi, i starsi. Były całe grupy znajomych i rodzin, które umówiły się na wspólne głosowanie. Nie mogłam przestać się uśmiechać – to poczucie wspólnoty i działania w imię wspólnego celu było super! ❤
Kiedy już Kasia, nowo poznana koleżanka, z którą umówiłam się na wspólne głosowanie, w końcu dotarła, weszłyśmy do konsulatu. A tam kolejka! Ludzie okupowali każdy kąt niewielkiej sali, było ich tyle, że brakowało długopisów. Przy okazji spotkałam swoją obecną szefową (tak, jest Polką), a Kasia znajomych ze studiów. Świat jest mały 😀
Stojąc w kolejce po odbiór kart do głosowania, byłam lekko zaniepokojona, czy na pewno znajdę siebie na liście. Ale przemiła pani z komisji spojrzała tylko na mój paszport, po czym odnalazła moje nazwisko i z uśmiechem podała karty, życząc mi wszystkiego dobrego. Postawiłam X tam, gdzie uważałam za właściwe, po czym wrzuciłam karty do urny (warto dodać, że wszyscy głosujący za granicą mieli takie same listy, jak mieszkańcy Warszawy). A na koniec oczywiście zrobiłam pamiątkowe zdjęcie przy urnie (z paszportem, bo karty już wrzuciłam 😛 ).

Tym samym odczarowałam trochę słowo „konsulat”, bo po majowej wyprawie do Aten miałam lekki uraz. Niewtajemniczonych zapraszam do zapoznania się z historią mrożącą krew w żyłach, z której wypływa nauka, jak wyrobić paszport w 2 dni 😛 Link TUTAJ.
Wychodząc z konsulatu, uświadomiłam sobie, że poprzednie wybory parlamentarne również były związane z Australią. 4 lata temu oddałam swój głos, jadąc do okręgu wyborczego prosto z lotniska po ponad 30-godzinnej podróży po pierwszej wizycie w Australii (i mam dowód na piśmie TUTAJ 😀 ). Niewyspana, spocona, marząca tylko o wygodnym łóżku. Nie da się? Da się. Tylko trzeba chcieć!
Dla porównania – dowiedziałam się od Australijczyków, że udział w wyborach jest tutaj obowiązkowy. Jeśli ktoś twierdzi, że nie interesuje się polityką i nie ma ochoty głosować na jakiegokolwiek kandydata, może oddać nieważny głos, ale musi wziąć udział w wyborach. Za niestawienie się w swoim okręgu wyborczym dostaje się karę finansową, ale niezbyt wygórowaną – wynosi zaledwie 20 AUD.
Na koniec chcę zaznaczyć, że nie uważam, żebym zrobiła coś nadzwyczajnego i wyjątkowego. Po prostu spełniłam swój obowiązek. A że przy okazji była to niezła przygoda, to tylko dodatkowa korzyść dla mnie 🙂




Leave a comment