Minęły ponad 3 tygodnie, doszłam już do siebie, więc mogę podzielić się wrażeniami z mojej 27-godzinnej podróży, jaką miałam przyjemność niedawno odbyć. Czy rzeczywiście była to przyjemność? Zaraz się przekonamy 🙂
Podróż zaczęłam tak naprawdę już w czwartek, 12 września. Opuściłam wtedy moje rodzinne miasto, Poznań, ba – opuściłam nawet mój rodzinny dom, wyprowadzając się z niego po 24 latach. Świadomość, że już nigdy nie wrócę do tych czterech ścian była co najmniej dziwna, ale też nieco przytłaczająca. Z drugiej strony oczywiście cieszyłam się wyjazdem do Australii i na nim byłam najbardziej skupiona. Mieszanka emocji to właśnie to, co towarzyszyło mi w ciągu ostatnich tygodni.
O godz. 13 wsiadłam do autobusu, który po czterech godzinach stał w korkach na przedmieściach Warszawy. Wybrałam autobus, a nie pociąg, bo od dłuższego czasu jestem fanką Flixbusa (jest zazwyczaj tańszy niż pociąg i nie doświadczyłam jeszcze opóźnienia autobusu, a zazwyczaj jest właśnie w drugą stronę – przyjeżdża przed czasem). Poza tym dużo łatwiej było zapakować moją 28-kilogramową walizkę do luku bagażowego niż wtargać ją do przedziału w pociągu.
W końcu dotarłam do Warszawy, do mieszkania mojej przyjaciółki, u której miałam przyjemność nocować przed wylotem. Tragarz Piotr (sam tak się nazwał 😀 ) pomógł mi wnieść walizkę na 4. piętro, za co jestem mu dozgonnie wdzięczna. Muszę przyznać, że waga mojej walizki zdecydowanie mnie przerosła. Spakowałam tylko najpotrzebniejsze rzeczy (naprawdę!), a i tak wyszło prawie 28 kg – jak dla mnie o 5 kg za dużo. Co prawda zmieściłam się w limicie, który wynosił 30 kg, ale ledwo mogłam ciągnąć za sobą walizkę, nie wspominając już np. o jej podnoszeniu. W tym momencie doceniłam windy i ruchome schody 😛
U Kasi zjadłam ostatni, pyszny, prawdziwie polski obiad (kotlet z ziemniakami i mizerią 😀 ), po czym próbowałam nastawić się psychicznie na długą podróż, jaka mnie czekała następnego dnia. Nadal do mnie nie docierało, że lecę do Australii i to w dodatku sama! Nieco mnie to przerażało, ale z drugiej strony już trochę znałam Sydney, bo byłam tam wcześniej na wakacjach. No cóż, nie da się ukryć, że rozpoczynałam prawdziwą przygodę życia 😛
Nastawiłam dwa budziki (zawsze stresuję się przed porannymi lotami, że zaśpię) i poszłam spać. Następnego dnia (notabene w piątek 13-tego 😀 ) wstałam jeszcze przed budzikiem o 5:00, starałam się jak najciszej zebrać swoje rzeczy i wyjść z mieszkania. Niestety obudziłam Kasię, która uściskała mnie po raz ostatni, a z głębi pokoju usłyszałam zaspane „powodzenia!” od Piotrka. Katarzyno i Piotrze, dziękuję jeszcze raz za przygarnięcie na noc mnie oraz mojej wielkiej i zawadzającej walizki! 🙂
Dotarłam na lotnisko na czas i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, co robię. Opuszczam kraj, wylatując sama i mając do dyspozycji tylko rzeczy, które wpakowałam do jednej walizki. Tak narzekałam, że ciężka, że duża, ale tak naprawdę w tym momencie to wszystko, co mam. I tak to będzie wyglądało przez kilka następnych miesięcy. Biorąc to pod uwagę, stwierdziłam, że te 28 kg to w sumie nie tak dużo 😛
Nadałam bagaż do portu docelowego (Sydney), a pracownik linii lotniczych zapytał, czy mam wizę do Australii. Miałam ochotę odpowiedzieć „no raczej!” – w końcu kilka miesięcy zajęło mi jej uzyskanie, a ile przy tym najadłam się stresu i ile godzin spędziłam w Internecie w poszukiwaniu informacji, to tylko ja wiem. Jednak pan tego nie wiedział, więc odpowiedziałam grzecznie i krótko, że wizę mam. No i pożegnałam się z walizką, mając nadzieję, że dotrze razem ze mną do Sydney.
Pierwszy lot do Kopenhagi trwał tylko 1,5h, ale był to najdłuższy lot mojego życia. Miałam tę nieprzyjemność, że mimo wielu wolnych miejsc, akurat obok mnie usiadła grupa kilkunastu kibiców Legii, którzy przez cały lot pili, wydzierali się na cały samolot i śpiewali kibolskie przyśpiewki. Obsługa nie dawała sobie z nimi rady, a ja w duchu modliłam się, żebyśmy nie mieli przymusowego międzylądowania, bo wtedy nie zdążę na przesiadkę. Na szczęście po 1,5h, które trwało jak wieczność, dotarliśmy do Kopenhagi. Wesoła grupa została zatrzymana na pokładzie i prawdopodobnie czekali na przyjazd policji, ale ja już miałam dość tego lotu, więc jak najszybciej opuściłam samolot. To był zdecydowanie najgorszy lot mojego życia i chciałam jak najszybciej o nim zapomnieć.
Następnie czekał mnie 12h lot do Singapuru. W trakcie prawie 3h oczekiwania na lotnisku starałam się jak najwięcej chodzić, żeby przygotować nogi na długie siedzenie. W końcu jednak nadszedł czas wejścia na pokład samolotu linii Singapore Airlines i tym samym pożegnania Europy na kilka miesięcy.
Wiele osób z przerażeniem na mnie patrzyło, gdy mówiłam, że czeka mnie 27-godzinna podróż. Ale trzeba przyznać, że lot na dłuższym dystansie inaczej wygląda niż 3-godzinny lot w Europie. Po pierwsze, jest więcej miejsca, bo są dwa korytarze, dzięki którym w trakcie lotu można wstać i rozprostować nogi. Ja akurat leciałam samolotem, w którym był układ siedzeń 3+4+3 i miałam miejsce przy przejściu. O ile na krótszych lotach lubię siedzieć przy oknie i podziwiać widoki, tak przy długich lotach zdecydowanie wolę siedzenie przy korytarzu. Mogę wstać, kiedy tylko chcę, i nie muszę prosić o przepuszczenie innych pasażerów (albo w gorszej sytuacji – czekać aż się obudzą albo samemu ich budzić).
Po drugie, zazwyczaj są dostępne ekrany wbudowane w oparcie fotela, w których są dostępne filmy, seriale, muzyka i gry. To zdecydowanie pomaga przetrwać tak długi lot. Można nadrobić zaległości filmowe, zapoznać się z kilkoma odcinkami serialu i czas jakoś leci. Czasem można też podejrzeć trasę lotu, z czego chętnie korzystam, bo lubię wiedzieć nad jakim krajem akurat lecimy 🙂
Po trzecie, jeśli nie są to tanie linie (takie też istnieją na długich dystansach), na pokładzie otrzymujemy posiłki, co też pozwala jakoś przetrwać czas podróży. Podczas mojego lotu na samym początku dostaliśmy menu, w którym było wyszczególnione, jakie posiłki nas czekają, jakie napoje możemy zamówić i jakie przekąski będą dostępne pomiędzy głównymi posiłkami. Dla mnie to idealna sprawa, bo dzięki temu wiadomo, na co mogę się nastawić i jak rozłożyć siły.
Mimo wszystko jednak ten lot strasznie mi się dłużył. A wszystko przez to, że dla mnie był to środek dnia, a według czasu singapurskiego już nadchodził wieczór, więc po kilku godzinach lotu personel pokładowy wyłączył światło w samolocie, dając nam do zrozumienia, że powinniśmy spać. Ale jak tu spać o 15?! Obejrzałam więc 3 filmy, zapoznałam się z kilkoma odcinkami nowego serialu i zaliczyłam dwa spacery po pokładzie. I kiedy już zaczęłam czuć zmęczenie i z chęcią poszłabym w końcu spać, dolecieliśmy na miejsce 😛 W Singapurze byliśmy o północy czasu polskiego, czyli o 6 rano czasu singapurskiego. Miałam kolejne 3h przerwy, więc podładowałam telefon, ogarnęłam się trochę w łazience (polecam zabrać podstawowe przybory toaletowe na tak długi lot – szczoteczkę i pastę do zębów, kremy, bo strasznie wysusza się skóra, szczotkę do włosów i mały ręczniczek), po czym znowu starałam się jak najwięcej chodzić, ale czułam się mocno zmęczona i otumaniona, więc przychodziło mi to z trudem. Swoją drogą muszę przyznać, że lotnisko w Singapurze to chyba najlepsze lotnisko, na jakim byłam. Jest tyle udogodnień! Plac zabaw dla dzieci, pokój modlitw, kino (!). Dla pasażerów, którzy mają kilkugodzinne przerwy między lotami, są nawet organizowane specjalne wycieczki po Singapurze. Może kiedyś skorzystam, chociaż szczerze mówiąc, w czasie takiej podróży zazwyczaj marzę tylko o tym, żeby jak najszybciej dotrzeć na miejsce.
Wyciągnęłam trzeci już bilet, na którym widniał skrót SYD, czyli Sydney. Chyba dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, że to się dzieje naprawdę! Tym razem czekało mnie już „tylko” 8h lotu, a że byłam strasznie zmęczona (w momencie wejścia na pokład byłam już 22h na nogach, a praktycznie nic nie spałam), to pierwsze 4h przespałam. To chyba był pierwszy raz w moim życiu, kiedy zasnęłam jeszcze przed startem samolotu 😛 Wiem, że był serwowany obiad, bo stewardessa starała się mnie obudzić, ale byłam kompletnie nieprzytomna i nie skorzystałam z posiłku. A kiedy się obudziłam na moim siedzeniu była przyklejona naklejka „nie przeszkadzać” 😛 Kolejne 4h też mi się dłużyły, nie miałam już ochoty oglądać żadnych filmów, bo mój otumaniony mózg i tak nie przyjmował żadnych informacji. Miałam też niewiele miejsca na nogi (które z racji wzrostu są dość długie), bo oparcie fotela przede mną było rozłożone. Już tak bardzo chciałam być na miejscu!
W końcu nadszedł ten upragniony moment. Po 27h podróży wylądowaliśmy w Sydney. Była godz. 19 czasu lokalnego, czyli 11 czasu polskiego. Dotarłam! Nareszcie! Jednak jeszcze nie rozpoczęłam świętowania, bo wiedziałam, że czeka mnie szczegółowa kontrola celna oraz kontrola paszportowa. Jeśli chodzi o kontrolę paszportową, to wszystko poszło gładko, urzędnik zapytał tylko, czy podróżuję sama, po czym oddał mi paszport i przepuścił dalej. Nawet nie zapytał mnie o wizę, chociaż na pewno wszystko sprawdził w systemie. Byłam przygotowana na większy zestaw pytań, np. po co przyleciałam do Australii i ile zamierzam tutaj zostać, ale wszystko trwało zaledwie parę minut. Następny etap to odbiór bagażu. Z lekkim niepokojem wypatrywałam swojej walizki na taśmie, ale na szczęście po kilku minutach wyłoniła się z luku. Udało się! I ja, i walizka jesteśmy w tym samym miejscu! 😀
Ostatni i najgorszy jak dla mnie etap to kontrola celna. Przed przylotem do Australii każdy podróżny musi wypełnić specjalną deklarację celną, w której m.in. wykazuje co wwozi na teren kraju. Australia bardzo dba o swoje środowisko naturalne i ma bardzo restrykcyjne podejście, jeśli chodzi o wwożenie na jej teren owoców, warzyw, ziemi, produktów pochodzenia zwierzęcego czy roślinnego. Jak bardzo poważnie to jest traktowane, odczułam na własnej skórze kilka lat temu, kiedy po przylocie do Nowej Zelandii urzędnicy sprawdzali podeszwy moich butów trekkingowych. Tym razem jednak wszystko obyło się bez problemów, ba, nawet nie miałam sprawdzanego bagażu. Urzędniczka zapytała tylko jakie produkty spożywcze wwożę, po czym przepuściła dalej. I byłam już na hali przylotów. Teraz to już mogłam się cieszyć. Byłam w Australii! Sama! Naprawdę to zrobiłam! 😀
Na hali przylotów od razu kupiłam kartę SIM do telefonu (koszt 30 AUD/4 tyg.), dzięki czemu od samego początku miałam australijski numer i nieograniczony dostęp do Internetu. Mogłam poinformować rodzinę i znajomych, że witam ich z drugiej półkuli 🙂 Następnie czekał mnie przejazd do centrum miasta. Na szczęście lotnisko w Sydney jest oddalone od centrum o ok. 10 km, więc można z łatwością dostać się na miejsce komunikacją miejską. Jako że nie byłam w Sydney pierwszy raz, miałam już kupioną kartę miejską Opal card, która działa dokładnie tak, jak nasza poznańska karta PEKA – na wejściu i wyjściu z autobusu/pociągu/promu trzeba się po prostu „odklikać”. Muszę przyznać, że sama byłam z siebie dumna, że wszystko poszło tak sprawnie i że tak to dobrze zorganizowałam. W ciągu godziny byłam już w centrum Sydney, mając za sobą podróż pociągiem, a czekała mnie jeszcze przesiadka na prom. Mogłam oczywiście wybrać autobus, ale stwierdziłam, że po pierwsze – będzie mi trudniej wsiąść do niego z walizką, a po drugie – wycieczka promem to będzie niezła atrakcja i nagroda za tę wyczerpującą podróż. Prom przepływa bowiem tuż obok Opery… 🙂
Wysiadłam na przystanku Circular Quay, który znajduje się tuż przy porcie, po czym przesiadłam się na prom. Widok Harbour Bridge i Opery nocą po tak długiej podróży był po prostu bezcenny. Nie mogłam uwierzyć, że te dwa słynne symbole miasta będę miała teraz na co dzień na wyciągnięcie ręki.
Muszę jednak przyznać, że mój mózg nie do końca przyswajał wszystkie informacje, więc nawet gdy opływaliśmy Operę, nadal w głębi duszy nie dowierzałam, że to się dzieje naprawdę 😛 W tym momencie marzyłam już tylko o dwóch rzeczach: prysznicu i wygodnym łóżku 😛
Do Rose Bay dotarliśmy po ok. 20 minutach. To właśnie tutaj zarezerwowałam pokój na pierwsze 4 dni swojego pobytu w Australii. Chciałam na początku pomieszkać bliżej centrum, żeby nacieszyć się miastem i przy okazji pozałatwiać parę spraw. Po krótkim spacerze z moją piszczącą walizką (odpadł od niej fragment kółka) dotarłam pod wskazany w rezerwacji adres. Właścicielką wynajmowanego pokoju okazała się Chorwatką, która mieszkała w Sydney już od 7 lat. Chwilę porozmawiałyśmy, ale że było już przed 22, a ja byłam potwornie zmęczona, to wzięłam upragniony prysznic i położyłam się do ciepłego i wygodnego łóżka. Tak mi było dobrze! Tym samym piątek 13-tego (połączony z sobotą 14-tego) uznałam za zakończony. Przewróciłam się na drugi bok i zasnęłam w kilka sekund.
Ciąg dalszy nastąpi…



















Leave a comment